Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wizje shirbertowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wizje shirbertowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 czerwca 2020

Just one thing





     Mogłabym powiedzieć, że to się staje nudne, jednak pewne doświadczenia, choćby powtarzały się każdego dnia, za każdym razem zdają się być pełniejsze, uczyć czegoś nowego, rozjaśniać życie, dostarczać nową wiedzę i po prostu są czymś, z czego nie da się tak łatwo zrezygnować.
      Rozumiesz, co takiego mam na myśli?
     Pewnie tak, w końcu dzielisz ze mną umysł i emocje. Co nadal mnie zaskakuje i sprawia, że na mojej twarzy pojawia się rumieniec.
     Tylko jedna rzecz. To sobie obiecaliśmy, kiedy przyszło do składania przysięgi nad brzegiem morza, kiedy słońce zachodziło wśród różu, czerwieni i pomarańczy, a tankowce w oddali wskazywały, że i horyzont ma gdzieś swój kres.
     Tylko jedna rzecz miała trzymać nas razem, ale że w niej zawierało się wszystko, jak mogliśmy od tego uciekać?
     Nie da się uciec od miłości.
     Na początku chyba oboje w to wątpiliśmy. No bo jak to tak można się w kimś zakochać i zostać odwzajemnionym? To równanie było najtrudniejszym, z jakim przyszło mi się kiedykolwiek zmierzyć. Zbyt wiele niewiadomych, do tego brak jednego uniwersalnego wzoru, pod który mogłabym podstawić to, co wiedziałam. Słyszałam śmiech w głosie mamy, kiedy jej się z tego zwierzałam. Czy mówiłam Ci, jaka była szczęśliwa, gdy przyznałam jej się, że po raz pierwszy moje serce zaczęło bić mocniej na widok drugiego człowieka, a do tego pojawiła się chęć, by przychylić mu nieba?
      Taka byłam – uważałam, że miłość nie istnieje w moim świecie, że to uczucie dla mnie jest tylko iluzją, która jako rzeczywistość pojawia się w życiu innym ludzi, dla mnie jest tylko słowem z definicją, o którym wiem, ale którego nie doświadczę. Kolejne lata życia jedynie utwierdzały mnie w tym, że tak jest, a samotność – choć nigdy nie mogłam powiedzieć, że mi doskwierała, bo naprawdę ją lubiłam – stawała się jedynym towarzyszem do wieczornego picia.
     Dlatego byłam taka zaskoczona, kiedy za płomieniami tamtego ogniska ujrzałam Twoją twarz i wzrok skupiony na nikim innym, tylko na mnie.
     Doskonale pamiętam słowa, które mi wtedy powiedziałeś. Że jesteśmy jak ten piasek pod naszymi stopami: każde z nas jest ziarenkiem wrzuconym do wielu innych, takie samo, a jednak niepowtarzalne, tylko potrzeba mocno przyjrzeć się każdemu z osobna, by dostrzec te różnice. Wyśmiałam Cię wtedy, mówiąc, że filozofia to ostatni kierunek, w jakim mogą podążać po alkoholu moje myśli, ale Ty zacząłeś wykładać mi egzystencjonalim i nim się obejrzałam, noc zaczęła przechodzić w świt, piwo się skończyło, znajomi się rozeszli, a my nadal siedzieliśmy na tym czerwonym kocu, który wytargałam z bagażnika samochodu rodziców i przyniosłam, bo siedzenie na piasku zawsze brałam za coś nieprzyjemnego.
     Tamten świat też miał przyjemne kolory. Zachwyciłam się lazurem i tą bielą, której nie widać o innej porze dnia, Ty zaś stwierdziłeś, że bycie mewą mogłoby być ciekawe. Rozbawiłeś mnie tym stwierdzeniem, ale i zaintrygowałeś – nikt wcześniej nie przedstawiał mi mojego życia, porównując do życia innej istoty. To było ciekawe.
     Pamiętam też te słowa, którymi mnie pożegnałeś, gdy po trzech kilometrach spaceru i nieustannej rozmowy dotarliśmy pod mój dom. Uśmiechnąłeś się wtedy, słońce zagrało na pasmach Twoich włosów i wtedy moje serce zadrżało po raz pierwszy. I było to najprzyjemniejsze uczucie w moim dotychczasowym życiu.
     Nie chciałam Cię zwodzić, naprawdę. Nie starałam się też unikać Ciebie i Twojego towarzystwa, po prostu nie rozumiałam, dlaczego miałbyś poświęcać mi aż tyle uwagi. Zrozumiałam wtedy, gdy sama zechciałam przebywać z Tobą odrobinę dłużej. I dłużej, i dłużej, aż w końcu zamarzyłam o kolejnej nocy na plaży, kiedy moglibyśmy rozmawiać o wszystkim, usadowieni pod gwiazdami, zapatrzeni w swoje oczy, z sercami bijącymi w tym samym rytmie.
     Tylko jedna rzecz mogła nas połączyć. I uczyniła to w kolejnym uśmiechu, w pierwszym przytuleniu, w pierwszym pochyleniu głowy, w pierwszym pocałunku. Kiedy moja dłoń znalazła się w Twojej i gdy ją ścisnąłeś, poczułam, że należę do kolejnego miejsca. Ruchomego, ale miejsca, gdzie zawsze mogę się schować, gdzie nikt mnie nie oceni, gdzie mogę być sobą i nie bać się o to, co kto sobie pomyśli. Twoje ramiona stały się moim niebem niczym z piosenki, którą nuciłeś mi do ucha, gdy po raz pierwszy tańczyliśmy przy płomieniach świec na ulicy wśród innych par podczas happeningu, jaki urządziłeś. Twój uśmiech stał się moim substytutem słońca, zaś dotyk Twoich dłoni, które otulały mój policzek, kiedy łamałam się kolejnym niepowodzeniem, był moją podporą. Ty zaś stałeś się moim aniołem i dobrym duchem, z którym mogłam grać we wspólne życie i mimo popełniania błędów oraz kłótni nadal iść przy Twoim boku.
     Wiesz, co zrozumiałam przez te lata, kiedy oboje spoglądamy w tym samym kierunku? Tylko wtedy, kiedy człowiek czuje czyjąś miłość, dostrzega milion opcji, by w życiu było lepiej. To właśnie siedzi we mnie, kiedy patrzę na Ciebie, dlatego proszę – czy mogę patrzeć na Ciebie przez całą wieczność?
     To jedyne życzenie, jakie mam.
     Wieczność przy Twoim boku.
     Piszesz się na to?

wtorek, 26 maja 2020

Any dragons around here need slaying?






Wśród listów, jakie od kilku dni spoczywają na komodzie w przedpokoju, znajduję jedną kopertę, która wzbudza moją ciekawość. Kopertę w kolorze kości słoniowej, grubej, z wypisanym moim adresem. Tak prosto przychodzi mi rozpoznanie tego charakteru pisma. Uśmiecham się do siebie i na moment zapominam o tym, że obie ręce zajęte mam przez płócienne torby zapełnione produktami spożywczymi. Bo też nie potrafię powstrzymać tego uśmiechu. Coś mówi mi, że początek listu to będzie narzekanie na stan zdrowia i te wieczne kolejki do specjalistów, którzy tak właściwie to znają się na dupie Maryny, a nie na rzeczy, za które im płacą. A później pewnie nadawczyni opisała te barwne sny, które śniła, od kiedy była małą dziewczynką, oraz te marzenia, które jeszcze miała. Uwielbiam ją za to, jaką jest osobą, dlatego tak pragnę zachować z nią kontakt, choć reszta rodziny ma o niej niezbyt dobre mniemanie.
Wyciągam dłoń, by wreszcie zabrać całą tę korespondencję i ją przejrzeć, sobotnie popołudnie jest ku temu dobrym czasem, jednak ktoś bardziej potrzebuje mojej uwagi niż kartki zapisanego papieru.
– Mama!
Dziewczynka biegnie w moją stronę, a na jej uroczej twarzyczce widnieje szeroki uśmiech pełen radości. Mięknie mi od tego serce. Porzucam uszy toreb i kucam, by złapać córkę w ramiona.
– Cześć, skarbie. – Całuję ją w policzek. – Byłaś grzeczna? Tatuś się zachowywał?
Pięciolatka doskonale wie, jak ustawić sobie mojego męża, by ten tańczył jej, jak ona mu zagra, co mała skrzętnie wykorzystuje, gdy muszę ich opuścić, by wypełniać swoje obowiązki, a to przekłada się później na niespodzianki, z którymi muszę się mierzyć. Jak na przykład moja czarna ściana z cytatami ozdobiona kwiatkami i licznymi ludzikami bez twarzy.
– Byłam! – oznajmia pogodnie, a ja nie mam wątpliwości, iż tak było.
Dostrzegam męża wyglądającego znad oparcia kanapy, na której usiadł, mężczyzna uśmiecha się do mnie, po czym wstaje i podchodzi, by także się ze mną przywitać. Narośl na jego twarzy, która od pierwszego dnia naszego poznania się stanowi dla mnie jego część, wydaje się bledsza przy zaróżowionych z wysiłku policzkach, ale nie wygląda to źle.
– Cześć, skarbie – mówi i całuje mnie krótko w usta. – Jak było w pracy? Czyżby Coxxy stworzyło kolejny niesamowity produkt, który zawojuje świat?
– Może nie jest on jeszcze skończony, by mówić o pełnym wypełnieniu projektu, ale jesteśmy na dobrej drodze do sukcesu. A jak minął wasz dzień?
Bałam się tego momentu, kiedy wrócę na nowo do pracy, ale pierwsze tygodnie pokazały mi, iż pozostawienie córki samej z tatą dobrze robi całej naszej trójce. I choć przez połowę soboty jestem poza domem, mała tego nie odczuwa, a nawiązuje jeszcze głębszą więź z ojcem. Mam nadzieję, iż to sprawi, że jako nastolatka nie będzie go nienawidzić, a zawsze będzie miała go za przyjaciela.
Oboje opowiadają mi o tym, co robili, kiedy wspólnie chowamy zakupy do szafek. Przyszła moja kolej na przyrządzenie obiadu, więc odsyłam ich oboje do ponownej zabawy, co by nie kręcili mi się pod nogami. Wciąż w tyle głowy mam tę myśl o czekającym na mnie liście, ale jego lektura musi jeszcze poczekać. Co kilka minut zerkam w stronę salonu, gdzie Isabella, ze śmiechem na ustach, biega wokół kawowego stolika i udaje, że wyciąga w stronę taty miecz. Wiem dobrze, w co się bawią, żywię nadzieję, że żadne z nich nie wyrządzi sobie przy tym krzywdy.
Jak mogłam się tego spodziewać, córka dość szybko nudzi się tą zabawą, którą mieli na celowniku przed moim powrotem, nie dziwi mnie więc, kiedy nagle głośno oznajmia:
– Teraz chcę być piratem!
Mąż zatrzymuje się naprzeciwko niej i patrzy uważnie na swoją pociechę.
– Piratem? – pyta zaskoczony. – Ale jak to, przecież jeszcze nie pokonaliśmy smoków, słoneczko!
Isabella ma własny pomysł, musi on więc być zrealizowany.
– Chcę być piratem!
– Ale…
– Piratem!
Uśmiecham się pod nosem, szykując niezbyt ostre curry z warzywami, za którym wszyscy przepadamy, i nawet nie czekam na odpowiedź męża, bo doskonale wiem, że ulegnie Isabelli. Nie może być inaczej, w końcu chodzi o jego ukochaną córkę. Że też na początku ciąży miałam wątpliwości, czy podołamy nowej roli. Teraz, a właściwie od dnia jej narodzin, ukochany pokazywał mi, że to dla niego żaden problem, by stanąć na wysokości zadania i mierzyć się z nową rzeczywistością.
– Jak sobie życzysz – śmieje i lekko kłania. – Na które oko chcesz mieć założoną opaskę?
– Na oba! – zakrzykuje Isabella, na co ja także śmieje się głośno, mąż zaś bierze na siebie próbę wytłumaczenia pięciolatce, dlaczego piraci nigdy nie zasłaniali obojga oczu.
Dyskusja na ten temat toczy się także przy wspólnym posiłku, który przeciągamy także do deseru – w końcu sobota bez lodów waniliowych i truskawkowych nie mogłaby nosić miana soboty – co mnie napawa uczuciem olbrzymiego szczęścia. A gdy łapię spojrzenie męża na chwilę przed tym, nim zbliży się do mnie, by niespodziewanie pocałować, wiem, że mimo swoich kompleksów i wielu wątpliwości dokonałam w życiu niesamowicie dobrych decyzji i mogę cieszyć się prawdziwą miłością.
O niej właśnie pragnęłam napisać w liście, w którym chciałam pokazać swoje szczęście i się nim podzielić. Bo dzielone szczęście mnoży się jeszcze bardziej.

Kochana ciociu!
W myśli, iż nie poszukuję drugiej połówki, gdyż sama stanowię dla siebie całość, nigdy nie widziałam nic więcej poza prawdą. Jej nadal się trzymam, lecz biorę poprawkę na to, że z kimś, kto mnie rozumie, jest moim najlepszym przyjacielem i kocha, przez życie idzie się po prostu przyjemniej. Pamiętasz, jak mówiłam – powtarzałam przez lata – że nie szukam księcia z bajki, tylko kogoś normalnego? Cóż, sam się znalazł i teraz chroni przed smokami nie tylko mnie, ale też i naszą córkę. Dla niej staje się piratem czy klaunem, jeśli ona tego potrzebuje.
Dla mnie jest tym jedynym.
Nasza Isabella, choć jeszcze jest mała, pokazuje już charakterek i jest bardzo podobna do Ciebie. Ostatnio też częściej mówi, że chce Cię odwiedzić lub byś Ty przyjechała do nas. Tęskni za Tobą, swoją bratnią duszą, choć dzieli Was tak wiele dekad.
I chcę przystać na jej życzenie, spełniając przy tym własne marzenie, dlatego ponawiam propozycję, byś przeprowadziła się do nas. Jesteś najukochańszą krewną całej naszej trójki, nie daj się więc prosić. Pokój czeka na Ciebie od dawna, a liczne smoki – a ostatnio i piraci – potrzebują, by je ubić, unicestwić.
Pomożesz nam?
Kochamy i ściskamy mocno,
Alizia, Chris i Isabella


czwartek, 23 kwietnia 2020

Tragical romance and all




     Każdy rodzic, choćby temu zaprzeczał, zawsze martwi się o swojego dziecko. Nieważne, czy chodzi o sprawdziany w szkole, wybór kierunku studiów czy pierwszą pracę. Rodzic martwi się także o stan zdrowia i samopoczucie, a także – co mogłoby się wydawać trochę niedorzeczne – o miłość swojego dziecka. O to, czy w kimś się zakocha, czy spotka kogoś, kto uszczęśliwi go na wieki. Może nie pyta o to otwarcie, lecz obserwuje, trzyma rękę na pulsie, by w razie czego zareagować, udzielić rady czy ofiarować ramię, w które można by się wypłakać.
Mężczyzna stojący przy oknie w salonie wychodzącym na podjazd i ulicę był właśnie takim rodzicem, który nie pytał, ale obserwował i martwił się. Obecnie uwagę skupiał na córce, która przed godziną wyszła z domu, by ze swoim "przyjacielem" udać się na krótką przejażdżkę na plażę puszczać latawce. Myślał o tym, co tam się może dziać i jak zareagują sąsiedzi, którzy pewnie zza swoich firanek patrzyli, kto to podjechał i zabrał dziewczynę w nieznane. Plotki w społeczności jak ta, w której żył, wciąż królowały i ani myślały zderzać się z prawdą. A nie mógł dopuścić do tego, by plotkowano o jego rodzinie i snuto domysły, czy szykują się do jakieś uroczystości, czy może do niedalekiego rozstania.
– I dlatego rzekłem, by nie pozwolić na to spotkanie – dokończył myśl, którą chwilę wcześniej podzielił się z obecną w pomieszczeniu kobietą, która w spokoju skubała maślane ciastko. – Jak nie powie jej wkrótce, iż nic z tego, ona pogrąży się w odmętach smutku i bezbrzeżnej samotności, z której tak ciężko będzie nam ją wyciągnąć! Toć to ją może zabić!
Żona patrzyła na niego niczym na kogoś niespełna rozumu. Dobrze go znała, wiedziała, że martwi się o jedyną córkę – synowie dawali sobie radę w sprawach sercowych bez żadnej pomocy – ale uważała, że zaczyna mocno przesadzać.
– Uspokój się – nakazała mu. – Przecież nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte, nie wiesz też do końca, co on do niej czuje. Moim zdaniem powinni się jeszcze spotkać, nim będziesz mógł cokolwiek głosić.
Jej mąż prychnął.
– Jeśli coś będę mógł ogłosić, to tragiczny romans i wszystko, ot co!
Wzburzony uderzył pięścią w stół i ani przyuważył, iż rozlał przez to herbatę ze swojej filiżanki. Tego było dla małżonki o wiele za dużo.
– Dość! – zagrzmiała, a naoczny świadek w tej chwili nie miałby wątpliwości na temat tego, kto w tym związku nosi spodnie. – Może ci się to wszystko nie podobać, ale nie możesz czegoś córce zabronić! Pozwól jej choć raz się w kimś zakochać i dać złamać serce. Czy nie pamiętasz już, jak to było z nami?
Nie odpowiedział jej na to, bo ledwie w swoim wzburzeniu zwrócił uwagę na jej słowa. Raczej zachodził w głowie, czego to może się spodziewać po chłopaku, który zabrał jego córkę i której nadal nie odwiózł, choć powiedział, że dłużej niż dwie godziny to spotkanie nie zajmie.
– Chciałbym po prostu wiedzieć – odparł cicho. – Chciałbym po prostu wiedzieć, czy jest między nimi miłość, czy tylko któreś się bawi. Czy jako ojciec nie mam do tego prawa?
Żona wstała, by podejść do niego i objąć go w pasie.
– Oczywiście, że masz. Ale najpierw to oni muszą ustalić ze sobą, co ich łączy. Dopiero gdy tego będą pewni, powiedzą i nam. Ale nie martw się – przystanęła na palcach i pocałowała go w policzek. – Mam co do tego młodzieńca bardzo dobre przeczucia.
Nie przekonało go to, dlatego wciąż wpatrywał się przez okno i czekał, aż pociecha wróci do domu, by ocenić, co robić dalej.
Gdy rodzice martwili się o to, jak się sprawy mają, ich córka starała się wypaść jak najlepiej przed swoim towarzyszem. Może to nie był pierwszy raz, kiedy gdzieś razem wychodzili, ale i tak czuła się niepewnie, co zaskakiwało ją tym bardziej, że nim zaczęła postrzegać kolegę jako kogoś więcej niż tylko dobrego kumpla z sąsiedztwa, był tą osobą, przy której czuła się najswobodniej i przy której mogła sobie pozwolić na bycie sobą. Teraz stale miała się na baczności, nie chcąc popełnić jakiegoś błędu w wypowiedzi czy wykonać gestu, który zostanie opacznie zrozumiany. Ach, to, co robiło z człowiekiem zakochanie, bywało straszne.
Nawet w samochodzie nie potrafiła zachowywać się jak dawniej. Zamiast rozsiąść się wygodnie i komentować płynące z radia kawałki czy też debatować na temat widoków za oknem ona siedziała sztywno, jakby połknęła kij od miotły, i milczała, praktycznie wstrzymując oddech, byle tylko nie palnąć jakieś głupoty. Zasiadający za kierownicą towarzysz co rusz zerkał na nią i uśmiechał się nieznacznie kącikiem ust, przez co dziewczyna czuła się jeszcze bardziej nieswojo.
– Wiesz, że możesz otworzyć oczy i odetchnąć? – zauważył głośno po którymś rzuconym jej spojrzeniu. – Dojechaliśmy i patrz – oboje jesteśmy w jednym kawałku! Mówiłem ci, że nawet zakochany jestem dobrym kierowcą.
Miał rację, podjechali właśnie pod jej dom – w oknie salonu mogła dojrzeć głowę obserwującego ich ojca – i to przed czasem, jaki został im wyznaczony. Było jej nieco przykro, że to spotkanie dobiegało końca, bo naprawdę dobrze się bawiła, chodząc na bosaka po chłodnym piasku i patrząc na puszczany przez niego latawiec. 
– Poczekaj, aż stąd wyjdziemy. Kto wie, czy czasem nie wpadniesz do kałuży, jak będziesz wychodził z samochodu. Tak się już przecież zdarzyło – powiedziała, by mu dopiec, choć właściwie jedyne, o czym teraz myślała, to jedno ze słów, jakie wymówił.
Zakochany.
Serce w jej piersi zaczęło bić nie tyle szybciej, co po prostu mocniej. Aż się przestraszyła, iż zostanie usłyszane, kiedy przyjaciel przystanie bliżej, by chwytając ją pod rękę, niczym dżentelmen ze starych odprowadzić pod same drzwi. Nigdy bowiem do tej pory nie powiedział jej, co właściwie do niej czuje. To, że częściej zaczęli się spotykać tylko we dwójkę, nie zaś w szerszym gronie przyjaciół, wynikło z tego, iż przed kilkoma miesiącami bardzo potrzebowała wyjść na spacer, a on zgłosił się na towarzysza jako jedyny z całej paczki. Wówczas zorientowała się, że jest całkiem interesującym człowiekiem i naprawdę wiele ich łączy. Mogła z nim porozmawiać na każdy temat, który ją interesował, bo on zdawał się wiedzieć coś o wszystkim, co jej nasuwało się na myśl. Nieważne, czy chodziło o seriale bollywoodzkie, politykę w krajach południowej Afryki czy też dyskusji na temat plantacji bawełny – zawsze miał coś do powiedzenia. I choć w wielu kwestiach ich odczucia się różniły, to nigdy ta różnica zdań nie wywołała kłótni, jedynie przeciągające się na kolejne spotkania dyskusje.
Fascynowało ją to, jaki jest inteligentny, lubiła być przy nim i milczeć, bo w tej wspólnej ciszy czuła się całkowicie dobrze. Jak przy nikim innym. Nic dziwnego więc, że wpadła jak przysłowiowa "śliwka w kompot" i starała się wypaść przed nim jak najlepiej.
Powoli, by na czas zapoznać się z otoczeniem, otworzyła drzwi od swojej strony i upewniła się, iż nie natknie się na żadną kałużę. Podczas ich nieobecności raczej nie padało, jednak i tak była podejrzliwa – nauczyła się bowiem, iż podwórko przed jej domem strasznie lubiło przyjmować deszczówkę i trzymać ją na powierzchni dłużej niż podpowiadałyby prawa przyrody. Nie dostrzegając żadnego małego jeziorka, postawiła na podłożu najpierw lewą, później prawą nogę i, dopiero czując obiema stopami żwir, odetchnęła głęboko.
Przyjaciel zdołał to usłyszeć i roześmiał się.
– Naprawdę mi nie wierzyłaś, prawda?
Zarumieniła się lekko na tę próbę dociekania. Znała już przyjaciela na tyle dobrze, by wiedzieć, iż jest on osobą doskonale odczytującą emocje i myśli innych, nie zdziwiło ją więc, że tak bardzo ją rozczytał. Choć wolałaby posiadać tarczę, by to nie było dla niego takie łatwe w jej przypadku.
– Nie, że nie wierzyłam – poczęła tłumaczyć – raczej zakładałam, że wydarzy się coś niekoniecznie dobrego. Bo z tobą to właściwie nie wiadomo do końca, jakie przygody się trafią.
Rozbawiła go ta uwaga. Uniósł rękę, by położyć dłoń na głowie dziewczyny.
– Lubię ten twój cięty język, naprawdę poprawia mi się humor, kiedy jesteś taka uszczypliwa.
Jej rumieńce przybrały na sile, co musiał zauważyć. Był tak blisko, do tego błądził spojrzeniem po jej twarzy, zatrzymując się przy ustach zdecydowanie za długo. To sprawiło, iż jej serce biło jeszcze mocniej. Na pewno je słyszał, a to zawstydzało ją jeszcze bardziej, dlatego odwróciła wzrok i spojrzała w stronę rodzinnego domu. Głowa ojca nadal była widoczna w oknie z salonu, wyglądało na to, że ich podglądał, choć starał się to ukryć, skrywając się za firanką. Musi mu powiedzieć, że to mu nie wychodzi i by sobie to następnym razem darował.
O ile następny raz w ogóle będzie miał miejsce, bo presja, jaką im narzucono przez jej ojca, nim wyruszyli na plażę, była przytłaczająca. Wciąż nie rozumiała, dlaczego rodzic nakazał im, jak to rzekł, "zastanowić się nad sobą, by świat nie musiał tworzyć prawdy za nich". Tak, jakby mieli się określić tylko po to, by rodzina i sąsiedzi wiedzieli, jaka relacja ich łączy. A to przecież nie było takie proste! Bo niektórych uczuć nie da się jasno określi, zaś rozkładanie na czynniki pierwsze może tylko wywołać ból głowy.
Westchnęła, patrząc na elewację, przyjaciel zaś nie cofnął dłoni, lecz zaczął głaskać ją po włosach. To było kojące i bardzo miłe, choć nie pomagało w pozbyciu się rumieńców.
– Co jest? – zapytał. – Wydajesz się być nagle bardzo zamyślona.
Spojrzała na niego i natrafiła na czujny wzrok utkwiony w swojej twarzy. Wydawało się, iż naprawdę chce poznać, co jej teraz chodzi po głowie, a że jemu mogła powiedzieć o wszystkim...
– Ach, a kiedyś wydawało się to w ogóle nieskomplikowane – rzekła cicho i pozwoliła sobie na jeszcze jedno westchnięcie.
– Masz na myśli tragiczne romanse i wszystko, co się z nimi wiąże? – dopytał z szerokim uśmiechem na ustach. Zdawał sobie sprawę z tego, co się o nich mówi za ich plecami, jakie plotki sąsiedzi przekazują między sobą i jak rodzice dziewczyny odbierają ich obecną więź, gotowy był nazwać to głośno i wyraźnie. Najpierw jej, bo była w to zamieszana, dopiero później całej reszcie zainteresowanych.
– Mam na myśli życie.
– To znaczy?
Błądziła od jednej tęczówki do drugiej i z powrotem. Podobał jej się kolor jego oczu, ten głęboki błękit, który mógłby zwiastować burzę, gdyby tak często nie towarzyszył mu pogodny uśmiech.
– Kiedyś mówiono mi, że w życiu wystarczy dokonywać wyborów, a scenariusz będzie rysował się sam. Nikt jednak nie powiedział mi, jak wiele rozstajów dróg może przede mną czekać i że wybory są takie ciężkie.
Rozumiał, co miała przez to na myśli. Jemu świat też zdawał się kiedyś być prostszy. Mimo to zdołał odnaleźć metodę na to, by sobie radzić, i chętnie nauczyłby tego także i ją.
– Nie wydaje ci się jednak, że to ludzie sprawiają, iż życie jest skomplikowane? – zapytał, cofając dłoń i przekrzywiając głowę na prawo, by móc patrzeć na jej twarz skąpaną w tych delikatnych promieniach słońce, które dzisiaj panowało nad tym miasteczkiem. – Że to dlatego, iż uwielbiamy zanurzać się w gdybaniu i dopowiadaniu sobie "co by było, gdyby...", zamiast skupić się na życiu tu i teraz?
Patrzyła na niego uważnie, zasłuchana całkowicie w jego słowa. Brakowało jej tej dłoni głaszczącej po głowie, jednak większą tęsknotę czułaby, gdyby nie widział rzeczywistości w ten sam sposób co ona. Jej serce zadrżało, kiedy sama zadała pytanie:
– A my? Czy niczego nie komplikujemy, gdybając o tragicznych romansach, kiedy nie muszą one być tym, co nas czeka?
Nie planowała zaczynać tego tematu, jednak poczuła się na tyle pewnie, by podzielić się tym, co ją dręczyło. 
Otworzył usta, zaskoczony i jednocześnie zadowolony, iż wreszcie będzie mógł wyznać to, co ciążyło mu na duszy.
– Masz rację: komplikujemy niektóre sprawy – odparł i uniósł rękę, ale nie po to, by położyć ją na głowie dziewczyny, lecz dotknąć jej policzka. – Powiem więc to, co powinienem, by nie było żadnych niedomówień. A właściwie powtórzę to, co powiedziałem w samochodzie, a co już usłyszałaś i zrozumiałaś, bo się zarumieniłaś. Jestem w tobie zakochany. I nie obchodzi mnie zupełnie, czy ludzie wciąż będą o nas plotkować czy wróżyć jakiś tragiczny romans. Nie dbam o to. Dbam jednak o ciebie i chciałbym każdego dnia starać się o ciebie, byś i ty dostrzegła mnie w sposób, w jaki ja dostrzegam ciebie. Oto, co czuję. I mam zamiar czuć to bez względu na to, co usłyszę w odpowiedzi od ciebie.
Jej serce przestało istnieć i było wszystkim, co w tej chwili miała. Patrzyła na niego, wsłuchana w szczerość. Do jej oczu napłynęły łzy.
– Ja... Ja też jestem w tobie zakochana – wyznała cicho – ale czy to dobre miejsce na takie wyznanie? Mój tata na nas patrzy.
Zaśmiał się i położył drugą z dłoni na drugim policzku, tak że trzymał jej twarz w swoich dłoniach, a na jego ustach pojawił się uśmiech pełen szczęścia.
– Rozumiem. W takim razie mam zamiar wykorzystać pozostałą część czasu, jaki wydał mi twój ojciec, na pewną czynność...
– Czy ty właśnie...
Nie pozwolił jej zadać pytania, które nasunęło się na język, za to pozwolił sobie posmakować jej ust. Wpierw było to zaledwie muśnięcie, ale kiedy poczuł, iż ona się nie oddala, a wręcz zbliża, nie miał zamiaru powstrzymywać się przed pocałunkiem, którego pragnął od dawna.
Stali tak w swoich pierwszym całkowicie miłosnym uścisku, a kto ich tylko widział – nie tylko rodzice dziewczyny, ale i sąsiedzi wychodzący właśnie na spacer z psem – nie miał wątpliwości, iż na razie ten związek może być tylko piękny.
I życzyć tylko pozostało, by taki był już zawsze. 

sobota, 14 marca 2020

Freedom of speech is a human right




Wykłady z politologii i socjologii nie cieszyły się zbyt dużym zainteresowaniem, często stanowiły zajęcia fakultatywne dla wydziałów, gdzie potrzebne były tylko punkty za zaliczenie, naprawdę niewielu studentów decydowało się na nie jako obligatoryjne. Brzmiało to smutnie, ale w czasach, kiedy tak wielu absolwentów tychże kierunków kończyło po odebraniu dyplomu na kasie w McDonald's lub innym fast foodzie, było to jak najbardziej zrozumiałe. Społeczeństwo samo sprawiało, iż nauki społeczne nie cieszyły się wielkim powodzeniem, dlatego też profesor Goar cieszył się, iż w ogóle ktoś zjawia się o dziewiątej trzydzieści w każdy wtorek i czwartek, by przez półtorej godziny wysłuchiwać jego wykładów, a o drugiej trzydzieści po południu w te dwa dni zajść na ćwiczenia. Dlatego robił wszystko, by swoje przedmioty wykładać jak najlepiej, by nie była to nudna teoria z podręczników, ale też jakieś przykłady z jego doświadczeń.
Tego poranka także starał się przekazać temat w najlepszy możliwy sposób. Na sali, w kilkunastu rzędach, zasiadło trochę ponad trzydziestu studentów, profesor nakazał sobie jednak myśleć o tym, jakby to grono było co najmniej trzykrotnie większe, by wczuć się w omawiane kwestie, by trafiły one do wszystkich słuchaczy. I bardzo możliwe, że tak właśnie było – te półtorej godziny minęły bardzo szybko i, co było miłe i zaskakujące, nawet się przeciągnęło, gdyż kilkoro studentów miało pytania, które chciało zadać na forum, coby wszyscy poznali odpowiedzi. To było dowodem, iż praca się opłacała.
– Jeśli to wszystko – po szóstym pytaniu profesor nakazał sobie zakończyć, bo inaczej nie zdoła odetchnąć przed kolejnymi obowiązkami, które już zaczynały na niego czekać – to dziękuję wam bardzo za waszą uwagę i aktywność. Jeśli przed naszym kolejnym spotkaniem ktoś miałby jeszcze jakieś pytania, to może je zadać na ćwiczeniach bądź zajść jutro do mojego gabinetu. Dyżur mam od drugiej do czwartej. – Zamknął książkę, która robiła za wsparcie. – Życzę wam miłego dnia i do zobaczenia.
Zebrani pozamykali klapy laptopów czy też swoje zeszyty, ale rozmowy nie ucichły wraz z tym, lecz trwałe w najlepsze. Te zajęcia musiały wywrzeć na nich pewien wpływ, co bardzo wykładowcę ucieszyło.
Wśród studentów były także dwie dziewczyny, który rzuciły za siebie "do widzenia!", wychodząc z sali, nadal żywo o czymś rozmawiały.
– Myślisz, że znajdziemy miejsce?
– Na pewno, przecież o tej porze mało kto się po tej stronie kampusu kręci.
Celem ich przechadzki po tym wykładzie był mały plac niedaleko głównego budynku wydziału administracji. Faktycznie, nie za wielu studentów można tu było uświadczyć, więc dziewczęta miały gdzie usiąść i odpocząć, mając ponad godzinną przerwę do kolejnego wykładu. Z uśmiechem więc usiadły na rozłożonej arafatce jednej z nich i obie westchnęły w stronę nieba.
– To były ciekawe zajęcia, nie uważasz?
– Bardzo, aż z przyjemnością robiłam notatki. Tylko zastanawia mnie kwestia tego prawa do swobody wypowiedzi. Nie uważasz, że obecnie to prawo jakoś nie ma po drodze ze światem, w którym żyjemy?
– Co masz przez to na myśli?
Jedna z nich wyciągnęła z torby termiczny kubek z wodą, do której uprzednio dodała soku z cytryny. Nie bardzo jej to smakowało, ale wyczytała gdzieś, że taki napój dobrze wpływa na metabolizm i utratę wagi, a że do wakacji nie zostało wiele czasu, chwytała za wszystkie możliwe sposoby, byle tylko coś schudnąć. Druga za chwilę poszła w jej ślady, wyciągając podobny kubek z tym samym napojem. Bo jak podążać za modą, to wspólnie.
– No bo pomyśl: tylu polityków się wypowiada, po czym jest szkalowana w mediach i w internecie za powiedzenie czegoś, co się innym zupełnie nie podoba. Czy nie lepiej jest jednak milczeć?
Koleżanka zamyśliła się na minutę.
– Wydaje mi się, że to my musimy zadecydować, czy wypowiedzieć pewną opinię, czy też nie. Wiesz, zrobić takie wewnętrzne rozważanie, czy moje słowa kogoś urażą, czy nie. Bo to przecież jasne, a przynajmniej jest takie dla mnie, że to, co mówimy, winno być z zachowaniem zasad kultury. Co nie zmienia faktu, że i tak każdy ma prawo do swobodnej wypowiedzi, nie można na kogoś nałożyć cenzury czy też mówić mu, wręcz nawoływać do tego, jak powinien żyć i się zachowywać.
– Czyli mówić można o wszystkim, ale czy to nie prowadzi czasami do zranienia uczuć innych osób? – Brunetka podjęła temat, naprawdę nim zaciekawiona, co po zajęciach z profesorem Goarem do tej pory jej się nie zdarzyło. – I że może coś zepsuć?
– Nie rozumiesz? Każdy z nas ma prawo mówić, co uważa. Wolność wypowiedzi to jedno z praw człowieka!
– Naprawdę tak uważasz?
– Oczywiście! Jedna wypowiedź może doprowadzić bowiem do dialogu, ten zaś do dyskusji czy debaty i zmusić do podjęcia jakichś działań. Nie mogąc się wypowiedzieć, co możemy zmienić w świecie, który umiera?
Coś w tym było, to należało przyznać. Ale nie do końca wyczerpywało temat, dlatego za chwilę, kiedy promienie słońca otuliły policzki obu studentek, padło kolejne pytanie, bo wątpliwości pozostawały nadal.
– Swoboda wypowiedzi? Ale że na pewno na każdy temat? Czyli możesz mówić głośno nawet o tym, że chodzisz na te zajęcia, bo od pierwszego dnia kochasz się miłością wcale nie platoniczną w naszym profesorze?
Policzki, które były ciepłe od promieni, teraz zrobiły się ciepłe i różowe od uczucia zawstydzenia. Uszy spotkał podobny los, a dziewczyna spuściła wzrok pod roześmianym spojrzeniem koleżanki.
– Ej no, miałaś zachować to dla siebie.
– Przecież zachowuję. Pytam tylko, czy nawet o tym możesz mówić, czy może są jakieś etyczne lub moralne przesłanki ku temu, by tego nie robić?
Skrywając twarz za jasnymi włosami, nastolatka myślała o tym, co czuje. Może miłość to było za duże słowo, ale musiała ukrywać to, że jest wyraźnie zauroczona swoim wykładowcą i zafascynowana nie tylko tym, co przekazuje im na zajęciach, ale i samą jego osobą. Różnica wieku powinna skłonić ją do porzucenia romantycznych wyobrażeń, ale ona o wiele bardziej wolała wzdychanie i tworzenie w głowie wzniosłych obrazów z nimi w roli głównej. Bo czy też ktoś bronił marzyć i kochać?
– Nie wiem, czy o tym zdołałabym mu powiedzieć, prędzej zapadłabym się pod ziemię... Ale jeśli chodzi ci ogólnie o mówienie, że się kogoś kocha, to wydaje mi się, że powinno się to robić.
– Naprawdę?
Kiwnięcie głową miało być potwierdzeniem. Róż zaczął zanikać na policzkach i uszach, zaś w głosie blondynki pojawiła się siła godna kogoś, kto wierzy w to, co mówi, i chce, by inni też spróbowali uwierzyć.
– No tak. Mając wybór: powiedzieć koledze ze szkoły, że mi się podoba i może coś z tego będzie, a milczenie i cierpienie przez kilka lat, to wybieram powiedzenie. Bo nie używając słów, nie wypowiadając się, nie ma jak dojść do działań. Nie potrafimy czytać sobie nawzajem w myślach, a jeśli chodzi o miłość, to w ogóle jesteśmy do niej za bardzo zdystansowani i często przez brak mówienia o niej tacy samotni. A naprawdę czasami niewiele potrzeba, by stać się panią czy panem czyjegoś serca.
Były to dość wielkie słowa jak na kogoś, kto zakochany był mniej niż trzy razy w całym swoim życiu, kto wieloma związkami się nie chwalił, ale odpowiednie na kogoś, kto potrafił myśleć, rozumieć, łączyć fakty i czytać między wersami. Brunetka spojrzała na swoją koleżankę z podziwem i nawet zaczęła cicho klaskać, coby nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Za to blondynka jeszcze nie skończyła, zagalopowała się we własnych przekonaniach i chciała dać im w tej chwili wyraz.
– Mam unikać własnych słów, które chodzą mi po głowie? – podjęła. – To jakiś absurd! Nie będę milczeć, kiedy ktoś będzie próbował zamknąć mnie w klatce niczym zwierzę i mówić, co mam robić! To moje życie, ja sama muszę się z nim mierzyć, nie ktoś inny, i to ja będę mówić za siebie!
Jej koleżanka roześmiała się i poklepała ją po plecach.
– No już, już, zrozumiałam, o co ci chodzi. – Tak było albo też tak jej się wydawało. – To ja też taka będę, a co!
Blondynka także się roześmiała, dumna z siebie, że swoje przekonania mogła przełożyć na kolejną osobą. Przybiły sobie piątkę, po czym wzniosły toast swoimi butelkami z cytrynową wodą i porzuciły ten temat, uznając go za całkowicie skończony, by porozmawiać o czymś innym, lżejszym niż zagadnienie praw człowieka.
Ta zaprezentowana przed chwilą postawa była tą, jakiej profesor oczekiwał po swoich słuchaczach, nic więc dziwnego, iż uśmiechnął się szeroko, przechodząc nieopodal miejsce, gdzie siedziały jego studentki. Widać było, iż dotarło do nich, co takiego chciał przekazać podczas swoich zajęć, to dobrze świadczyło o jego sposobie wykładania przedmiotów. Wtedy, gdy widział, iż potrafi otworzyć te młode umysły na wielkie sprawy, czuł, iż jest dobry w swoim zawodzie i naprawdę daje innym coś od siebie.
Mężczyzna zaczął nucić pod nosem hymn swojego kraju i ruszył dalej, do swojej katedry, a każdemu, kogo napotkał chociażby wzrokiem, rzucał radosne powitanie i poprawiał humor tym, którzy tego potrzebowali. 

piątek, 14 lutego 2020

Anyway




Zakochując się w kimś, z kim się przyjaźni, człowiek staje przed dwoma wyborami: albo wyzna swoje uczucia i być może zniszczy tę relację – lub też nie – albo będzie chował prawdę głęboko w sobie i pozwalał jej zjadać się od środka. Nie ma uniwersalnej rady, co zrobić w takiej sytuacji.
     On wiedział. Powie. Bo tylko prawda mogła go wyzwolić.
     A przynajmniej tak mu się wydawało.


    
Duże miasta mają to do siebie, że można w nich znaleźć wiele kawiarni oferujących aromatyczną kawę z różnych części świata, domowej roboty wypieki bądź też cukiernicze cuda w postaci miniaturowych, warstwowych tortów, które trzeba sfotografować, bo samo wspomnienie to może być za mało. Wyrastają one jak grzyby po deszczu, konkurencja jest bardzo duża i z utrzymaniem się może być problem. Jednak zawsze znajdzie się taki lokalik, który przetrwa każdą burzę, każdą zawieruchę i finansową katastrofę dotykającą innych. Taki lokal istnieje dzięki stałym klientom, dla których staje się azylem, małym rajem lub też miejscem ucieczki od zwykłej i szarej codzienności. Właśnie takim typem kawiarni była ta ukryta w wąskiej uliczce wśród matowej cegły, z niewielkim szyldem nad drzwiami i dużym oknem wystawowym, przy którym zawsze, niezależnie od pory dnia, ktoś siedział i wyglądał na zewnątrz. Lokal ochrzczony został nazwą Jung, która wielu ludziom zupełnie nic nie mówiła, dla innych stała się synonimem domu.
Właśnie do tego lokalu zmierzała ta para, któr
a w lutowy, jakże uroczysty wieczór, bo walentynkowy, obleczona w ciepłe płaszcza, nie wydawała się na pierwszy rzut oka dzielić ze sobą romantycznych uczuć. A mimo to wyglądali na bardzo ze sobą związanych. Można więc było zakładać, nie znając ich, że są dobrymi przyjaciółmi.I za takich powinni uchodzić wśród innych ludzi, gdy prawda bywała zupełnie inna. Kiedy wchodzili do środka, kilka głów zwróciło się w ich stronę. Wśród nich była jedna, pełna licznych ciemnych skrętów, należąca do kobiety przed czterdziestką, która uśmiechała się zawsze do wszystkich, a do wchodzących to w ogóle uśmiechnęła się całą sobą.– Witajcie – odparła, podchodząc bliżej, gdy ci ściągali odzienia, by odwiesić je na jeden z wieszaków. Była szczerze uradowana ich widokiem. Choć dobrze wiedziała, że ta dwójka się tu zjawi, bo mieli rezerwacje od początku roku, to i tak cieszyła się, że ich widzi. – Zapraszam, stolik już czeka. – Dobry wieczór – przywitali się z nią zgodnie i ruszyli w kierunku stolika, który im wskazała.
Choć dobrze wiedzieli, gdzie znajdują się ich miejsca 
– zawsze bowiem zajmowali je dokładnie w tym samym rogu – mimo to podążyli w ślad za nią. Odegrali tę scenkę tylko po to, by inni klienci nie zauważyli różnic w traktowaniu przez personel. Wystarczyło już, iż przy ich stoliku świeca płonęła od jakiegoś czasu, a kwiaty w wazonie miały jakby bardziej różowy kolor. Jakby nakrycie przygotowane zostało pod jakąś ważną uroczystość?
Czyżby oświadczyny? Data ku temu w końcu jak najbardziej odpowiednia.
Mężczyzna odsunął krzesło dla swojej towarzyszki, po czym zasiadł naprzeciwko pod czujnym okiem pani całego tego raju, która uśmiechała się do nich przyjaźnie.
– Zaraz kogoś do was podeślę – oznajmiła. – Chłopak jest nowy, zaczął z początkiem miesiąca, więc możecie go wypróbować swoim sposobem. – Puściła im oko, na co oboje uśmiechnęli się nieznacznie. – Tylko z tym nie przeholujcie, dobrze się sprawuje, żal by go było zwalniać. A, Ioan, będę mogła zamienić z tobą później słówko?
Spodziewał się podobnego pytania, dlatego nie zerkając na towarzyszkę, skinął głową właścicielce.
– Jasne, nie ma sprawy. Może przy rachunku?– Tak, będzie dobrze. Bawcie się bez przesady, moi mili. Wesołych walentynek.– Tobie również. – Ponownie zabrzmiał chórek i odprowadził właścicielkę w stronę kuchni, by po nim nastała cisza. Nie była ona jednak ani krępująca, ani niezręczna, bo taka pojawić się nie mogła. Po prostu oboje potrzebowali odnaleźć wzrokiem różnice w wystroju wnętrza, które wynikały z obchodami lutowego święta pełnego miłości. Obyło się bez zbędnej przesady, panował minimalizm – poza różowymi goździkami w wąskich wazonikach i serwetkach w czerwone serca nie pojawiło się nic, co świadczyłoby o tym, iż w tej to właśnie kawiarence Kupidyn postanowił urządzić swoją nową siedzibę. Nigdy – a przychodzili tu od naprawdę wielu lat – to miejsce nie wyglądało kiczowato, do tego w walentynki nie było zapełnione do końca, lecz z ustaloną klientelą. Początkowo pomysł z rezerwacjami był trudny do zaakceptowania przez tych przypadkowych klientów, jacy się wówczas zdarzali, ale stali bywalcy jak najbardziej to rozumieli i to właśnie oni pojawiali się tutaj czternastego lutego ze swoimi miłościami lub ludźmi, z którymi chcieli spędzić ten dzień.
Ioan zakończył obserwację i przeniósł spojrzenie na przyjaciółkę.
– I jak ci się podoba w tym roku, Jenny?Lubił jej imię. Idealne do piosenek czy romantycznych ballad, a jednocześnie kryjące w sobie coś więcej, jakąś siłę, która stanowiła część osoby, która ja nosiła.
Kobieta zatrzymała spojrzenie na trochę dłużej na kwiatach, których pastelowy róż ciemniał, gdy padał na niego cień świecy.
– Jak zwykle jest to pięknie. Zawsze powtarzam, że minimalizm nie będzie szkodził, miło, że znowu mnie posłuchała.
Ioan uśmiechnął się na te słowa i przerzucił kartę w menu. Skoro dostali odgórne zadanie, powinni się do niego przygotować, a wiedząc, że nie zawsze wszystko z karty znajduje się na stanie w kuchni, należało trochę nad tym podyskutować, nim zjawi się kelner.
– Chcesz zrobić dużą czy małą scenę? – zagaił.
Jenny spojrzała w dół, na stół, gdzie leżało jej menu, a w jej oczach pojawiły się chochliki.
– Nie możemy przesadzić, bo jak sam słyszałeś, chłopak jest tu dwa tygodnie. Znaczy to, że już do pewnych rzeczy przywykł, przesada nie wchodzi więc w grę… Tym samym skupmy się na ciastku i kawie, coby zbyt dużego zawału nie dostał.– Jak sobie życzysz.– Ewentualnie można później poprosić o zestaw małego smakosza i go tym dobić.– Co za wyborny pomysł.
U
śmiechnęli się do siebie i podjęli decyzje, a w ich kierunku podążył chłopak. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, jego twarz wciąż nosiła w sobie wspomnienie dzieciństwa. Spojrzenie miał jasne i bystre, policzki zaróżowione od panującego na kuchni ciepła, dłonie jego zaś lekko drżały, kiedy trzymał w nich mały notes do zapisywania zamówień.– Dobry wieczór, państwu – przywitał się. – Wszystkiego najlepszego w walentynki. Jestem Josh i dzisiaj będę państwa obsługiwać.
Ioan miał ochotę się zaśmiać, wiedząc, że takie traktowanie to mały cyrkowy poka
z, coś na kształt chrzestu bojowego, jaki musiał przejść każdy żółtodziób, by na stałe stać się częścią personelu. Jenny milczała zapobiegawczo.– Co będzie dla państwa?
Spojrzała na Ioana, gdy on właśnie patrzył na nią, uśmiechnęli się do siebie.– Jedna babeczka z matchą i duże americano – powiedział.– Oraz ciastko karmelowo-orzechowe i duże caffe latte bez żadnych dodatków – dodała ona, uśmiechając się przymilnie do kogoś zupełnie niespodziewającego się żadnego podstępu. – Czy coś jeszcze?
Przyjaciele wymienili spojrzenie i zgodnie pokręcili głowami. Chłopak uśmiechnął się do nich szczerym uśmiechem młodzieńca, który dopiero poznaje, jak bardzo życie może skopać mu tyłek.
– Rozumiem. W takim razie proszę chwilę poczekać, niedługo przyniosę państwa desery.
Odprowadzili go spojrzeniami osób, które z pokerem mają do czynienia od lat, a zachowanie kamiennego wyrazu twarzy nie nastrasza im żadnych problemów. 
– Myślisz, że będzie bardzo zaskoczony? – zapytała Jenny, dotykając palcami wazonika z goździkami. – Przekonamy się, jak wróci. A teraz mów, co u ciebie? Jakieś zmiany, nowości?Ich znajomość potoczyła się tak, że od kilku lat widywali się regularnie raz w tygodniu z jedną różnicą – jeśli widzieli się w ostatnim tygodniu stycznia, kolejne spotkanie następowało właśnie w walentynki. Po co takie zagranie? Po to, by podczas świątecznego spotkania było o czym rozmawiać i nie wyróżniać się pomiędzy innymi klientami kawiarni.– W ostatnią sobotę widziałam Parasite – oznajmiła kobieta, a w jej oczach pojawiły się iskierki podniecenia. – I jestem cholernie zadowolona, że ten film dostał Oscara za najlepszy film i pokonał amerykańskich przeciwników, bo w cholerę sobie na to zasłużył. Cała fabuła, scenografia i gra aktorska to majstersztyk. Po prostu widzisz, jak ludzie stają się pasożytami i żerują na życiu innych. A Choi Woo Shik odwalił taki kawał roboty, że choć nie jest moim ulubionym aktorem, to po tej roli chylę przed nim czoła. Ogólnie te cztery statuetki nie powinny być nikogo innego i… – może chciała dodać coś więcej, ale zabrakło jej oddechu, który nabierała dość długo. Tak, że nie wracała już do swojej wypowiedzi.Ioan uśmiechnął się do przyjaciółki. Może nie widział tego filmu – nie chwytał za kino inne niż z angielską, oryginalną linią dialogową, bo nie lubił nie rozumieć słów w innych językach – ani nie pałał uczuciami do południowokoreańskich produkcji, niemniej uwielbiał te chwile, kiedy ekscytacja objawiała się u Jenny i trzymała ją mocno. Wówczas kobieta wyglądała jak postać z baśni, która opowiadając o swoich przygodach, tworzy za pomocą słów świat, w którym człowiek chciałby się znaleźć. Uwielbiał patrzeć wówczas na jej błyszczące oczy, w których widział tak wiele życia i radości. Zdawała się być jakby inną osobą. Wiedział, że to tylko kolejna z jej twarzy, fascynowała go ona jednak tak samo, jak pozostałe.
A właśnie z tą twarzą – 
fanki produkcji południowokoreańskich, głównie seriali prawniczych i detektywistycznych – związał prezent, jaki dla niej przygotował. Miał dla niej podarek, jak co roku zresztą, w podobnym tonie co poprzednio, w tym samym zakresie finansowym i wiedział, iż ona też coś dla niego ma. Coś drobnego, może niekoniecznie super użytecznego, ale coś, co sprawi, że zawsze będzie o nim pamiętała. Takie właśnie prezenty wręczali sobie po cztery razy w roku, na każdą jej porę, bo tak to się ułożyło. Trzymał go w wewnętrznej kieszeni marynarki, gdzie mógł pozostać niewidoczny i ciążyć tylko jemu. – Mam coś dla ciebie – powiedział i poruszył ręką, by wydostać pudełeczko z zakamarku. – Proszę.
Wiedzia
ł, że Jenny będzie wyglądać na zażenowaną. Mimo wielu poprzednich takich razów wciąż nie przywykła do tego, że coś od kogoś dostaje. Albo tak się dziwiła, bo nadal nie docierało do niej, że ludzie mogą się czymś nawzajem – lub nawet bez powodu – obdarowywać. Nie było to bowiem praktykowane u niej w domu, poznała to dopiero, stając się osobą dorosłą i poznając Ioana. Było to ciekawe doświadczenie, jednak nadal nie zdołała do niego przywyknąć.– Dziękuję bardzo. – Ujęła podarunek i spojrzała podejrzliwie na przyjaciela. – Nie jest to minibomba ani pendrive z twoimi nagimi zdjęciami, prawda?Mężczyzna westchnął, a na jego twarzy zamigotał uśmiech rozbawienia.– Nie, powstrzymałem się, choć nie było to łatwe. Otwórz, jeśli chcesz wiedzieć już teraz. Wesołych walentynek.
Prezent, jaki pojawił się przed jej oczami, kiedy tylko zdjęła wieko pudełka, stanowił okrągły, srebrny brelok, który z obu stron miał zdjęcie pewnego południowokoreańskiego aktora. Jenny spojrzała zaskoczona na przyjaciela, a z jej ust wyrwało się krótkie:
– Co?
Ioan zaśmiał się na t
ę reakcję.– To właśnie. Mówiłaś mi pod koniec roku, że w tym ma powstać drugi sezon, a wcześniej, że uwielbiasz Cho Seung Woo’a za rolę Hwang Shi-Moka, uznałem, że powinnaś pokazywać to innym, ale nie w przesadny sposób.– Dziękuję! – Gdyby nie stolik i ci ludzie wokół, pewnie uniosłaby rękę, by uderzyć nią w ramię przyjaciela. Właśnie w ten sposób dziękowała mu za każdym razem, bo tylko na taki kontakt fizyczny swoim zdaniem mogła się zdobyć.
– Nie ma sprawy.– Ja też mam coś dla ciebie – powiedziała chwilę po tym, jak napatrzyła się na brelok i przymocowała go do kluczy i innych ozdób, jakie przy nich trzymała, i z torebki wyciągnęła swój prezent. – Proszę.Teraz na blacie pomiędzy nimi pojawiło się inne, tym razem podłużne, a nie kwadratowe, pudełeczko, też niewielkie, ale kryjące w w sobie coś o dużej wadze sentymentalnej.
Mężczyzna aż rozdziawi
ł usta, kiedy zobaczył wieczne pióro w granatowym, tak lubianym przez siebie, kolorze.
– Zawsze narzekasz, że używasz tylko długopisów i pisaków przez co nie czujesz się poważnie podczas spotkań z klientami – wyjaśniła przyjaciółka. – Teraz będzie to wyglądać inaczej. Wesołych walentynek.Miała rację – wieczne pióro było tym przedmiotem, którego nie posiadał, a o którym wiedział, że poczuje się pewniej, gdy będzie miał je przy sobie.
Spojrzał na uśmiechniętą Jenny i sam się uśmiechnął, a jego serce zadrżało tylko po to, by nagle zacząć galopować jak głupie. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale szybko nakazał sobie powstrzymać się od tego ruchu. To niekoniecznie była odpowiednia chwila. W dodatku dojrzał idącego w ich stronę kelnera, a to oznaczało, że p
rzyszedł czas na coś innego.
Przesunął oba pu
dełka na jeden ze skrajów stolika, by spokojnie można było wyłożyć zamówienie. Obsługujący ich chłopak uśmiechał się z zadowoleniem – pewnie wynikało ono z tego, że nic z tacy mu nie spadło – i ustawiał przed nimi naczynia.
- Proszę, babeczka z matchą i americano dla pana. - Przed Ioanem zamajaczył zielonawy wypiek. - Ciasteczko karmelowo-orzechowe i duże latte bez dodatków dla pani. 
– Jenny mogła spojrzeć z góry na dekorację z orzechów ziemnych. – Smacznego państwu życzę.
Nim odszedł, zaczęli zamianę. Na oczach coraz bardziej zdziwionego chłopaka Jenny przesunęła talerzyk z ciastkiem w stronę przyjaciela, ten zaś ponad jej dłońmi uniósł talerzyk z babeczką. Za chwilę swoje miejsce zmieniły także filiżanki. 
– Czy… – Kelner zawahał się na początku swojego pytania, głos niemalże mu się załamał. – Czy ja pomyliłem państwa zamówienia?! – Gotowy był prawie do krzyku jako reakcji na swój brak kompetencji. – Najmocniej państwa przepraszam!
Jenny i Ioan trwali przez dziesięć sekund w całkowitej ciszy, po czym wybuchnęli śmiechem.
– To my przepraszamy – wydukała kobieta, gdyż szybciej doszła do siebie; Ioan prawie krztusił się śmiechem za zaciśniętą pięścią przytkniętą do ust. – Przepraszamy, że wciągnęliśmy pana w naszą małą grę. Ale niech się pan nie martwi, bowiem wygrał pan w niej – dodała i puściła mu oczko. – Serdecznie dziękujemy.Kelner skłonił się lekko w swoim oszołomieniu i zdezorientowaniu, po czym odszedł przywitać i usadzić klientów, którzy właśnie zjawili się w kawiarni. – Biedak – rzucił Ioan i wbił widelczyk w swoją porcję słodkości, by umieścić ją niezwłocznie w buzi. – O Boże, jakie to jest dobre! – Po jego minie łatwo było stwierdzić, że rozpływa się wewnętrznie nad smakiem. – Chcesz skosztować?
Jenny kiwnęła głową.
– A chcę.
Od dawna nie bawili się w jakieś używanie osobnych sztućców. O wiele szybsze było użycie t, które miały 
już do czynienia z konsumpcją, wszelkie bakterie i tak albo przetrwają, albo nie, nie można wiecznie się ich bać.
Kawałek ciastka zniknął w ustach kobiety, która powalona smakiem uniosła dłoń, za którą ukryła dolną część twarzy.
– O kurczę, masz rację! Chcesz skosztować mojej babeczki?– No jasne.
Wymienili się nie tylko smakiem deserów, ale i napojów, bo choć ich gusta były nieco inne, uwielbiali dzielić się ze sobą momentami, jedzeniem i żartami. Na tym bowiem mijał im ten walentynkowy wieczór. Co niektóre wybuchy śmiechu zwracały na nich uwagę innych odwiedzających lokal, ale nie zwracali na to uwagi i w ogóle nie brali sobie do serca tych spojrzeń, które miały w nich godzić i wyrażać czyjąś dezaprobatę.
Jakże przyjemnie było mówić o tym, co wydarzyło się przez ostatnie dwa i pół tygodnia. 
A że było o czym donosić, rozmowa przeciągała się i przeciągała tak, że niewiele już czasu dzieliło od zamknięcia. Właścicielka to przewidziała – lata podobnej tradycji sprawiły, że była gotowa na wszystko, jeśli chodzi o tę dwójkę – dlatego nie pozwoliła nikomu innego na zarezerwowanie tego stolika na później. Chciała dać im ten czas, który miał być dla nich szczególny. Nie zdziwiła się, kiedy na piętnaście minut przed godziną zero, jak nazywała ją wraz ze swoim personelem, przed barem pojawił się Ioan w wiadomym celu.– Chciałem zapłacić i podziękować ci za przepyszny deser. – Uśmiechnął się do niej promiennie. – I za tę herbatę, którą nam przyniosłaś. I przeprosić za to, że przez nas twój pracownik będzie miał traumę, ale doskonale wiesz, że taki był nasz zamiar.
Kobieta nabiła na kasę rachunek, odwzajemniła uśmiech.
– Strasznie dużo gadasz, wiesz? A myślałam, że takie potoki słów to zachowujesz jedynie dla Jenny.
Oboje spojrzeli w stronę stolika, przy którym Jenny wpatrywała się właśnie w goździki i wyglądała na kogoś, kto chciałby porwać je ze sobą. Ioan zarumienił się na tę uwagę.
– Nie tylko dla niej, ale zazwyczaj dla niej – określił sytuację i podał kartę do zapłaty. – Mówiłaś wcześniej, że chciałaś ze mną porozmawiać. O co chodzi?
Płatność przeszła bez najmniejszych problemów, paragon wręczono wraz z kartą właścicielowi, coby się nikt nie przyczepił do źle wypełnianych na kasie obowiązków.
– O Jenny właśnie.– Co masz na myśli?
Właścicielka 
odgarnęła niedbałym ruchem zabłąkany sprężynkowy kosmyk znad czoła.– Mam wrażenie, że jest bardzo samotna – podzieliła się spostrzeżeniem. Ioan chciał coś powiedzieć, ale powstrzymała go uniesioną dłonią. – Choć przychodzi tu często, nie tyko z tobą, i otacza się różnymi ludźmi, zawsze będąc w jakimś gronie lub obok niego, nigdy nie widziałam tak samotnej duszy jak ona. Dlatego cieszę się, że przyszedłeś, bowiem przy tobie potrafi się szczerze uśmiechać.Ioan nie wiedział, jaj na to zareagować. Uwielbiał Jenny i czas, który z nią spędzał, ale do tej pory wydawało mu się, że kobieta przychodzi tu także z innymi znajomymi. Ze słów właścicielki wynikało, że tak nie było. A on tego nie zauważył, choć tak często się z Jenny widział. Może nie chciał tego dostrzec? Ale powinien, a do tego zapytać przyjaciółkę, czy pomiędzy spotkaniami nie czuje się bardzo samotna.Ale właścicielka jeszcze nie skończyła. 
– Czasami wydaje mi się wręcz, że brakuje jej tylko stokrotki w dłoni, której płatki mogłaby obrywać, mamrocząc przy tym: kocha, nie kocha. – Coś w spojrzeniu kobiety złagodniało. – Widać wyraźnie, że kogoś jej brakuje. I tym kimś być może jesteś ty. Tak mi się wydaje po tym, co widziałam tu teraz. – Uśmiechnęła się do niego sympatycznie. – Jak to mówił niejaki Rudler: trzeba mieć oczy, które umieją patrzeć. Moje potrafią, dlatego mówię ci, byś był z nią szczery, a wszystko będzie dobrze. Widzę to.Ioan jeszcze raz zerknął w stronę stolika, gdzie Jenny właśnie dopijała kawę.– Dziękuję. Chciałbym, by tak było. Ale coś mi mówi, że może być ciężko.– To znaczy, że jest też warto. – Dotknęła lekko jego ramienia. – Bawcie się dobrze, niech ta walentynkowa magia wpłynie i na was.– Dziękuję. Do zobaczenia, być może i za tydzień. Wrócił do stolika, gdzie Jenny powitała go swoją własną wersją uśmiechu. – Zapłaciłem i dorzuciłem dla młodego niezły napiwek, powinien być zadowolony. – To świetnie. Miejmy nadzieję, że nie będzie miał traumy i jeszcze go tu zastaniemy podczas kolejnych wizyt. – Sięgnęła po przewieszoną przez oparcie torebkę. – To co, idziemy?Wyszli na zewnątrz, gdzie nadal czuć było deszczem, który przeszedł nad miastem tego popołudnia i kolejny raz pokazał wszystkim, że to raczej wiosna lub jesień, nie zaś środek zimy. Mimo tej wiszącej w powietrzu wilgotności wiele par postanowiło jak oni trochę pospacerować, nim zakończą wieczór lub przejdą do kolejnego kroku. Ioan i Jenny szli obok siebie, nie zwracając uwagi – lub też udając, że tego nie robią – na to, że inni trzymają się za ręce czy nawet obdarzają publicznie krótkimi całusami. Bo przecież można udawać, ale człowiek i tak czuje się nieswojo, gdy nie robi tego, co pozostali.To Jenny zdecydowała się przerwać rę dziwną ciszę, jaka między nimi zapadła. Choć nie było to takie łatwe – zazwyczaj nie brakowało im tematów do rozmów, ale teraz, kiedy walentynki wylewały się z każdej możliwej strony, a miłość innych unosiła tylko po to, by przygnieść innych, żaden temat nie okołowalentynkowy mógł okazać się tematem jedynie na dwa zdania. Ale było coś, co ją nurtowało, chciała pozbyć się swoich domysłów, a dostać prawdę, na którą w przypadku Ioana zawsze mogła liczyć.
– O co chodziło pół godziny temu w środku? – zapytała.– Co masz na myśli? – Zerknął na nią i zacisnął jedną z dłoni w pięść, byle tylko nie chwycić za dłoń przyjaciółki i jej nie wystraszyć.
– Ten moment, nim podszedł do nas kelner z zamówieniem – wyjaśniła. – Byłeś skupiony, wyglądałeś, jakbyś chciał coś powiedzieć, po czym zawstydziłeś się i nachmurzyłeś. Co to była za myśl, że wywołała u ciebie taką reakcję? Czy… Chodziło o mnie?Znowu się zarumienił, a to mogło zdradzić tak wiele. Na szczęście w półmroku, kiedy unikał świateł latarni, nie było to aż tak widoczne– Skąd pomysł, że w ogóle była jakaś myśl? I dlaczego sądzisz, że dobrze mnie odczytałaś? Dlaczego to miałabyś być ty?Jenny chwyciła go za ramię i nakazała zatrzymać się, by porozmawiać twarzą w twarz. Sama zrobiła to samo, zakreślając przestrzeń osobistą wokół nich.
– Bo cię znam. Może inni uważają cię za ponurego i romantycznie tajemniczego, ale ja potrafię czytać z ciebie jak z otwartej księgi.Błądził spojrzeniem po jej twarzy, zdając sobie sprawę, że jej twarz jest tą, którą chciałby widzieć codziennie, najlepiej od samego poranka do późnego wieczora.
– To co takiego wyczytałaś tym razem? – zapytał, przyjmując na pozór beztroski ton, kiedy w środku cały się spiął, niepewny odpowiedzi.
– Chciałeś coś zrobić, ale dotarło do ciebie, że miejsce jest nieodpowiednie, więc zezłościłeś się na siebie za to, że nie potrafisz działać, gdy masz najlepszą okazję.Bardzo trafne rozczytanie, to musiał przyznać, ale tylko we własnej głowie. 
– I wyczytałaś to wszystko z mojej twarzy?– Z twoich oczu. Przez nie widzę twoje pragnienia, duszę i serce. Ciebie.Ioan patrzył na przyjaciółkę w tym płaszczu, z tym niepewnym uśmiechem na twarzy i roziskrzonym spojrzeniem, wiedział, że idealny moment na romantyczne wyznanie nie istnieje i nie nadejdzie, sam musi go bowiem stworzyć. Albo też pozwolić działać intuicji. To dlatego otworzył usta, by mogło wydostać się z niego silne i spokojne:– Kocham cię, Jenny.Słowa zawisły nad ich głowami, nie przyniosły jednak ze sobą fajerwerków, które pewnie pojawiłyby się, gdyby była to scena z filmu. Ale życie zwykłych ludzi to często nie scenariusz na komedię romantyczną, lecz na melodramat. W ich przypadku też może tak być.Nie odpowiedziała, jedynie posłała mu spojrzenie, które powinno walić mury, wzbijać płomienie i palić wszystko, co będzie na drodze.
Nie powtórzył, jedynie wpatrzył się w nią niczym w najpiękniejszy oraz, bo tym właśnie dla niego była.
Kobieta pokręciła przecząco głową.
– To nie pora.– Twoim zdaniem nigdy nie będzie.– Jak możesz tak mówić?Nie chciał się więcej powstrzymywać, dlatego ujął obie jej dłonie w swoje i sprawił, że wreszcie zaistniał jakikolwiek kontakt fizyczny. Po latach bez przytuleń to miało być pierwszym, co zrobił tego wieczoru względem niej, by pokazać, że jest najważniejsza.
– Bo tak właśnie myślisz. Nigdy nie będzie dobra pora, bym wyznał ci miłość, nigdy nie będzie dobra pora, byś to odwzajemniła, to nigdy nie będzie pora, byś się zakochała. Wciąż, mimo upływu lat, usilnie wmawiasz sobie, że nie masz prawa kochać ani być kochaną, czym ranisz się bardziej niż ktokolwiek inny mógłby cię zranić.– Jak możesz? – powtórzyła, a ręka uniosła się, by uderzyć.
Wtedy znalazła się taksówka i zatrzymała gwałtownie przy krawężniku, bardzo bliski nich. Nie wypadało więc robić teraz scen i czynić kogoś świadkiem kłótni, której pewnie nie chce słyszeć. 
Ktoś wysiadł z samochodu, obejmująca się i roześmiana para. Nim kierowca ruszył, Jen wpakowała się do środka, chcąc uciec, ale Ioan był szybszy – wpakował się zaraz za nią.– St Marks Ave, proszę zatrzymać się przy bibliotece.
Gdyby mieli ocenić tego taksówkarza, dostałby pięć gwiazdek na pięć. O nic nie pytał, w ogóle nie starał się rozpoczą
ć rozmowy, monologu czy wypytać, jak im mijają walentynki. Wprost idealny kierowca, zważając na ich ciszę.
Dojechali na miejsce po kilkunastu minutach ciągłego milczenia, którego nie zakłócało nawet radio. Podziękowali, zapłacili, dorzucając niezły napiwek, i znaleźli się na chodniku prze
d biblioteką, skąd metry dzieliły ich od kamienicy, w której od zakończenia edukacji mieszkała Jenny. Ioan strasznie lubił tę lokalizację i okolicę, które pasowały do charakteru przyjaciółki – uwielbiała czytać wszelkiego rodzaju powieści, a do tego miała słabość do budynków z cegły, nic więc dziwnego, że wybrała lokum właśnie w takim. Wynajmowała je razem z koleżanką, do której Ioan nic nie miał, nie mógł jednak powiedzieć, by w trójkę tworzyli jakąś paczkę, Nia bowiem była dość… specyficzna, trzeba było do niej przywyknąć, a że to zabrało mu wiele czasu, na większą poufałość nie miał już ochoty.
Podeszli pod budynek w ciszy, zatrzymali się przy płocie i unikali wzrokiem tak długo, że stało się to niezręczne. A przecież nie można było odejść ot tak, za taki wieczór należało podziękować.
Ale słowo 
dziękuję nie było tym, które chciało wyjść z ust Jenny.
– Nie rozumiem, jak mogłeś mi powiedzieć akurat dzisiaj, że mnie lubisz – powiedziała i spojrzała na przyjaciela, który właśnie na nią patrzył, a w jego oczach czaiła się czułość.– Nie to powiedziałem, nie przeinaczaj moich słów – zareagował. – Wyznałem, że cię kocham, bo taka jest prawda. Od dawna powinnaś być tego świadoma.
Poczuła na opuszkach palców dokładnie to samo mrowienie, co podczas zbierania szkła z rozbitego dzbanka, kiedy nie skaleczyła się żadnym odłamkiem, ale czuła, że drobiny wbijają się w skórę. 
– Niby jak powinnam to wiedzieć?– W każdym spojrzeniu, jakie łapiesz z mojej strony – wyjaśnił. – W każdej wiadomości, jaką ci wysłałem. W czasie, który z tobą spędzam, bo zawsze wkładam w niego swoje serce z nadzieją, że je przyjmiesz i może złamiesz, a może nie. Wiem,że ludzie nie mogą należeć do siebie nawzajem, bo nie są przedmiotami, ale ja jestem twój, Jenny. W całości i taki, jak chcesz. Tylko twój.
Nie mogła patrzeć na niego dłużej, bo łzy zaczęły napływać do jej oczu, a nie mogła sobie pozwolić na rozklejenie się w jego obecności. Przecież była niczym głaz, do diaska, nie dawała się żadnym emocjom. 
Takie wyznanie nie powinno tego zmienić.
Ponownie nie odpowiedziała, zapatrzona w swoje buty, bo zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć.
Ech, że też miłość zamyka usta w taki sposób.
– W każdym razie… – spróbowała zacząć, ale poległa, nie mogąc znieść zwariowanego serca, które odżyło w chłodnej piersi i teraz miało ochotę wyrwać się do wspaniałego świata.
Ioan widział, że coś jest nie tak, ale nie naciskał. Z niektórymi rzeczami Jenny musiała zmierzyć się sama.

– W każdym razie.
Niezręczna cisza zaczęła wbijać się pomiędzy nich niczym szpilka w krawiecką poduszeczkę. Dalsza konwersacja zdawała się nie mieć większego sensu, ale nie można było odejść bez pożegnania. Tak się nie robi.
– Może… – spróbowała jeszcze raz. – Może chcesz wejść na górę? Mam nowy zapas kawy zbożowej, moglibyśmy się napić.
Cholera, to chyba nie najlepsza propozycja. Albo idealna, by popsuć ten wieczór całkowicie.

Ioan uśmiechnął się delikatnie. Gdyby mógł, byłby stale blisko, ale to nie było możliwe.– Dzięki za zaproszenie, ale nie chcę przeszkadzać, jeśli Nia jest czymś zajęta. Dzięki, zobaczymy się w przyszłym tygodniu.Jenny nie potrafiła powiedzieć, ze jej lokatorki nie ma, że wyjechała i że mogą tym samym robić, co tylko chcą. Na niektóre wyznania brakuje po prostu odwagi.
– Ok, to do zobaczenia.
Patrzył, jak pr
zechodzi przez furtkę, za którą oboje czekała samotność reszty dnia, nie chciał tkwić w zbyt dużej niewiedzy, dlatego postąpił krok naprzód, by znowu być odrobinę bliżej.
– Gdybym…
Jego głos ledwie przebił się przez panujący wiatr. Spojrzała na niego.
– Gdybym zrobił to, co miałem w głowie, jak byś zareagowała? Co byś poczuła?
Musiał poznać odpowiedź, dopiero po niej mógłby zacząć myśleć o przyszłości.
– Nienawiść.
Nie rozumiał.
– Nienawiść? Ale jak to? Do kogo?Wróciła do niego, by powiedzieć to bez żadnych przeszkód.
– Do siebie. Bo widzisz, czasami człowiek wie, że nie zasługuje na pewne rzeczy, a kiedy je otrzymuje, zaczyna nienawidzić siebie. Tak byłoby ze mną, nawet jeśli tą rzeczą byłoby coś tak prostego jak pocałunek przyjaciela.Mówiła poważnie, czym go zaskoczyła.
– Nie możesz odbierać pewnych rzeczy w rozumieniu zasługuję, nie zasługuję – zaprotestował. – Człowiek ma prawa, których nikt i nic nigdy nie powinno mu odebrać. Jednym z nich jest miłość. Każdy ma prawo kochać i być kochanym. Dlatego nie mów mi więcej, że nie zasługujesz na moje pocałunki, kiedy jestem osobą, która cię kocha i która właśnie w ten sposób chce ci tę miłość okazać.– Chyba sobie żartujesz.– To nie jest temat, z którego bym żartował. Poza tym… Nie mam zamiaru się poddać, jeśli chodzi o ciebie. – Uniósł dłoń, by odsunąć jej z czoła zabłąkany kosmyk włosów. – Nie chcę tego, dlatego będziesz musiała znaleźć naprawdę dobry powód, by mnie od siebie odsunąć.
W tej chwili nie udało jej się tego zrobić 
– pozwoliła mu dotknąć skóry, ale nie czuła się z tym najlepiej.– Spokojnie – odezwała się. – Znajdę wiele powodów, byś dał sobie ze mną spokój.– Powodzenia – odparł z uśmiechem, po czym, nim zdała sobie z tego sprawę, przytulił ją do siebie. Tak zwyczajnie, a jednak jej serce zatrzymało się na chwilę, by zabić jeszcze mocniej.
Nie próbowała wyrwać się z jego objęć, ale też nie chwyciła go, by odwzajemnić uścisk. Nadal była czujna, jakby bała się, że może ją zaatakować niczym dziki zwierz swoją ofiarę, ale przecież wcale tak nie było. Nie zamierzał jej skrzywdzić w jakikolwiek sposób, bo wówczas znienawidziłby siebie. Chciał przychylić tej kobiecie nieba, dać jej wszystko to, na co zasługuje, a nawet o wiele więcej. Chciał, by była szczęśliwa i być obok, by zobaczyć jej najwspanialsze uśmiechy, jakie mogą pojawić się na jej twarzy.– Jenny – wyszeptał, a przyjaciółka spojrzała na niego z tymi iskierkami, dla których stracił głowę.
Nie mógł się więcej powstrzymywać. Skoro wykonał jeden krok i wyznał, co czuje, to teraz wypadało pociągnąć to dalej, dlatego pochylił głowę i dążąc spokojnie, powoli, zbliżył się do ust przyjaciółki.
Był niemalże pewien, że kiedy tylko ich wargi zetkną 
się w niczym innym jak w muśnięciu, Jenny odskoczy od niego jak oparzona, a on dostanie w gratisie z liścia, ale nic takiego nie nastąpiło. Dotykał jej ust dwie sekundy i dłużej, a kiedy mógł stwierdzić, że kobieta nie ucieka, choć jest wciąż sztywna niczym struna, pozwolił sobie przytulić ją do siebie mocniej i pogłębić pocałunek. Tego nigdy nie miałby żałować, nieważne, co wydarzyłoby się później.
Ku jego wielkiemu zaskoczeniu Jenny rozchyliła nieco wargi i nieśmiało oddała pocałunek, zaś jej dłonie zacisnęły się na płaszczu mężczyzny. Przylgnęła do niego niczym poddająca się osoba, która nie ma już sił walczyć i może nawet tak było, ale nie dotyczyło jego. Jenny miała raczej dość udawania twardej babki, której nic nie rusza i dla której miłość mogłaby nie istnieć. 
Opuściła tę gardę i pokazała, że jest delikatna i pełna niewinności, co rozczuliło go jeszcze bardziej. Poczuł, że musi być jej opoką, a wówczas ona odwdzięczy mu się czymś wspaniałym.
To może nie nadejdzie od razu, już jutro, ale nastąpi i będzie kolejną wspaniałą rzeczą w ich życiu.
Niech tylko powie, że chce, a on da jej wszystko.
– Jenny… Spojrzała na niego, a po policzku spłynęła łza. Bynajmniej nie smutku.– Właśnie dałeś mi pierwszy powód, by się od ciebie odsunąć.– Niby jak?– Jeśli pocałujesz mnie jeszcze raz, to na pewno złamię ci serce.
Więc pocałował ją ponownie.
– Rób z nim, co chcesz. Tylko pozwól mi być blisko.
Nic nie odrzekła, zatapiając się w bańce pełnej niewidzialnego różu i chmur, które mogły unieść ich do nieba, którego próg przestępują tylko ci, którzy kochają.
W każdym razie te walentynki były inne od poprzednich. Lepsze i z zapowiedzią kolejnych pięknych chwil, o ile tylko oboje pozwolą sobie na to wszystko, co może doprowadzić ich do szczęścia.
Ale nad tym trzeba pracować. Więc Jenny szukała kolejnych powodów, by rozstać się z Ioanem, gdy on każdego dnia udowadniał jej, dlaczego tak dobrze jest być razem. 
I ciągnęło się to, i ciągnęło, aż ubrało ich w czerń i biel. Ale czy taki koniec i początek nie był najlepszy?

Hope Land of Grafic