czwartek, 25 grudnia 2025

pierwszy płacz

 

 

    

            Płatki śniegu wirowały nad moją głową, a opadając, tworzyły dywan na drodze przede mną. Część z nich lądowała mi na rękach czy ramionach, a także przyozdobiła oliwkowozieloną czapkę. W świetle latarni, w miejscach światła, wyglądało to magicznie, wśród mroku natomiast – biel odcinała się wyraźnie. Miałam wrażenie, że ciemność nie jest w stanie całkowicie się przedrzeć, jakby też zdawała sobie sprawę, jaki to dzisiaj dzień w kalendarzu.

            Wigilia Bożego Narodzenia. Gwiazdka.

            Przez wielu tak uwielbiana, wyczekana, bo to już za moment Jezus narodzi się na nowo czy inne pierdoły.

            Nigdy nie rozumiałam całej tej szopki – hehe – związanej z tymi świętami. Już za dzieciaka uważałam, że prezenty można dawać sobie jedynie w urodziny, bo wtedy jest naprawdę co celebrować. Dlaczego miałabym obchodzić też te należące do postaci, której na oczy nie widziałam, a i świadkowie jej istnienia to nie do końca byli dla mnie wiarygodni? Jako kilkulatka może i łykałam całą tą bajeczkę i nawet się cieszyłam, że ubierzemy choinkę, zjedzie się rodzina i wspólnie spożyjemy tyle jedzenia, że w nowy rok wejdziemy z kilkoma kilogramami na plusie, a nikt nie będzie wytykał nas z tego powodu palcami.

            A potem dorosłam i pojęłam, że sprawy religii to w ogóle nie moja broszka i raczej wierzę w to, do czego zdolni są ludzie, niż w jakieś dziwne istoty, które zmartwychwstały po trzech dniach. Wystarczyła mi nauka i zdolność obserwacji, jednakże nikogo nie wyśmiewałam za to, że wierzy. Człowiek miał swoją wolę, mógł robić, co chciał, a dopiero jeśli przy tym kogoś krzywdził – wtedy byłam gotowa walczyć z kimś takim, by dopadła go sprawiedliwość i dostał za swój czyn odpowiednią karę.

            Dlaczego więc stałam przed wejściem na ścieżkę prowadzącą do małego kościółka? Dlaczego rozważałam, czy by nie wejść do środka, by ogrzać się między ciałami innych wiernych? Robiłam to tylko dlatego, że moja babcia musiała, jak nakazywała jej tradycja, wziąć udział w nabożeństwie. A ja nie chciałam puszczać jej całkowicie samej, kiedy te święta celebrowałyśmy jedynie we dwójkę, bo reszta rodziny znalazła sobie inne zajęcia.

            Tyle że nie tak naprawdę to chciałam przejść przez próg, a teraz tak sobie stałam i podskakiwałam w miejscu, byle nieco się rozgrzać.

            Że też musiała nam się w końcu trafić zima jak z obrazka.

            – Niech to – mruknęłam do siebie i spróbowałam złapać kilka płatków śniegu na dłoń w rękawiczce.

            Jako dziecko uwielbiałam szaleć zimą i wpadać do zasp, jakie tworzyły się przy drodze, ale z dorosłością przyszło bardziej pragmatyczne podejście do zmieniających się pór roku. Teraz mimo wspaniałości bieli miałam na uwadze, że szybciej robi mi się chłodno, muszę ubierać więcej warstw, do tego dochodziło nie tylko odśnieżanie podjazdu przed domem, ale też skrobanie okien samochodu czy wymiana opon. Postanowiłam jednak nieco pochodzić sobie po dość pustym chodniku, bo wszyscy inni albo byli u rodziny, spali, bo to już jedynie chwila pozostała do północy, albo siedzieli w ławce w świątyni, czekając na nabożeństwo.

            Ja nie byłam osobą, która wzięłaby w nim udział, nie przeszkadzało to, bym była dość blisko kaplicy, która na stałe miała mi się kojarzyć z dzieciństwem w tym miasteczku.

            Płatki wirowały nad moją głową, spadały, by osiąść na swoich braciach. Trochę to było makabryczne, jak o tym pomyśleć w ten sposób, chyba niewiele osób w ogóle nawiedzały podobne rozważania, kiedy przypatrywali się tej pięknej stronie zimy.

            Ale nigdy nie uważałam, że jestem normalnym człowiekiem o normalnych myślach.

            Dlatego większą frajdę sprawiało mi nie łapanie śnieżynek na wyciągnięty język, a szuraniem butami po podłożu, by zebrać śnieg w kupki w podobnej odległości i stworzyć coś na kształt białego Stonehenge. Tak mnie pochłonęło to zajęcie, że nie zwracałam uwagi, czy w pobliżu jest ktoś jeszcze. To dlatego niemal podskoczyłam zaskoczona, gdy doszedł mnie czyjś głos.

            – A pani co tutaj robi? – dobiegło gdzieś z przodu.

            Niechętnie podniosłam głowę i dojrzałam przed sobą zmierzającego do mnie wśród wirujących śnieżnych płatków mężczyznę w koloratce. Wyglądał na niewiele starszego ode mnie, stąd moje przypuszczenie, że to musiał być ten nowy diakon, jaki trafił do naszego zboru, o którym mówiła mi babcia. Skinęłam mu na powitanie i rzekłam, choć nie często podobne słowa padały z moich ust:

            – Szczęść Boże.

            – Proszę, niech pani wejdzie do środka, zaraz zaczynamy uroczystość, na zewnątrz będzie może i słychać, ale przecież tu tak zimno.

            Nie sądziłam, że ktoś, kto widzi mnie po raz pierwszy w życiu – i podejrzewałam, że jedyny, ostatni – nie będzie miał żadnych oporów, by ująć mnie za ramiona i zacząć ciągnąć w kierunku świątyni. A mężczyzna właśnie to robił.

            – Przepraszam bardzo – szarpnęłam się – ale co ksiądz robi? Proszę mnie puścić, ale już!

            Naprawdę nie podobało mi się, że ktoś może zachować się tak bezceremonialnie, do tego miałam do czynienia z duchownym, kimś będącym przykładem dla innych, a on tak sobie wtargnął w moją przestrzeń i pozwolił na kontakt fizyczny. Może i niewielki, ale bez pytania, na litość boską!

            – Proszę mnie puścić – powtórzyłam twardo, ale na niewiele się to zdało, bo diakon wciąż próbował zaciągnąć mnie do kościoła.

            Gdyby ktoś jeszcze nie oczekiwał w środku, a prawie spóźniony wjeżdżał na przykościelny parking, mógłby odnieść wrażenie, że duchowny próbuje kogoś porwać, a ja nie zaprzeczyłabym, szczerze zdziwiona całą tą powstałą w ułamku sekundy sytuacją.

            Ciągnięcie nie ustawało, teraz to już przemierzałam wyłożoną kostką ścieżką i nie wiedziałam, jak inaczej zaoponować, by się wykaraskać z tej farsy. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to użyć siły własnego ciała i nadal próbować przemówić temu mężczyźnie do rozumu.

– Nie wejdę tam – odparłam i dla podkreślenia tych słów zaparłam się stopami o chodnik, co wcale nie było takie łatwe.

            Młody diakon zmierzył mnie wzrokiem.

            – Dom Boży jest otwarty dla każdego – przekonywał, na co pokręciłam głowa.

            – Niech ksiądz wybaczy, ale nie. To byłoby niezgodne z moimi wartościami.

            Westchnął na to ciężko i posłał mi spojrzenie pełne udręczenia, jakbym przychodziła niczym dusza, której zadaniem było rzucać mu same kłody pod nogi.

            – Więc w co wierzysz?

            Moja odpowiedź była nie tyle przemyślana, co stworzona przed laty, ubrana w odpowiednie zdanie i tak przekazywana za każdym jednym razem, kiedy kogoś ciekawiła moja wiara pasująca do religii, ale i tak za mała, by nie próbować mnie nawrócić. Jak teraz na przykład.

            – W to, że w ludziach czai się pierwiastek dobra, który albo zostanie ukazany światu, albo zduszony w zarodku przez zło, jakie dzieje się wokół.

            Diakon spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, a ja odpowiedziałam na jego spojrzenie. Tyle razy przechodziłam przez rozmowy na temat moich wyznań, że wiedziałam już, jak szybko je ukrócić, dzieląc się i tak odpowiedzią z zainteresowanym. Choć miałam po dziurki w nosie tego, że ludzie, z którymi miałam mały kontakt lub w ogóle ich nie znałam, aż tak interesowali się – jakby nie patrzeć – dość osobistymi kwestiami.

Mężczyzna nadal się we mnie wpatrywał, próbował coś powiedzieć, ale ani myśl nie chciała mu się żadna wykrystalizować w tej głowie, ani też zbytnio nie miał czasu – widziałam, jak bieży właśnie do nas ktoś jakby kościelny i wręcz woła go:

            – Proszę księdza, proszę księdza, ino kwadrans nam został, ruchy, ruchy!

            Za kwadrans ta bajeczka zacznie się na nowo jak każdego jednego roku, a ja znowu nie będę w niej uczestniczyć, bo to nie jest coś, w czym się widzę. Mój brak udziału nie powinien stanowić problemu dla żadnego innego człowieka, mimo to diakon nie ruszył się, jakby sądził, że jeszcze znajdzie jakiś argument, za którym zgodzę się wejść do środka.

            Prędzej uwierzę, że śnieg padający prosto na mnie zamieni mnie na stałe w bałwana, niż w to, że osoba sprzed wieków chce dać mi zbawienie. Albo że piekło zamarznie, na jedno wyjdzie.

Nadbiegający kościelny zatrzymał się raptownie, jego wzrok utkwiony był w mojej postaci, a na twarzy malowało mu się szczere zdumienie.

            – Allison? A co ty tu robisz, dziecko drogie? – Oczywiście rozpoznał mnie, uśmiechnęłam się do niego jedynie i skinęłam mu głowa.

            – Ta pani jeszcze nie weszła do kościoła – rzekł diakon, próbując nakreśli sytuację – a przecież zaraz zaczynamy, musimy pomóc jej tam dotrzeć, to nasze powołanie!

            Chciałam odpowiedzieć mu, że chyba z własnym nieco się rozminął, ale ugryzłam się w język. Po co robić sobie nagle wrogów z innych ludzi? Świat już i tak miał w sobie za wiele zła jak na mój gust.

            – Z całym szacunkiem, ale wolałabym, żeby ksiądz nie próbował mnie nawracać, nic z tego nie wyjdzie.

            W ten sposób chciałam się zarówno uwolnić całkowicie z jego ucisku, jak i oszczędzić mu daremnej fatygi. Powinien posłuchać i iść za kościelnym, moim dawnym sąsiadem, który wiedział, co i jak, przez co dołączył do mojej strony.

            – Panienka ma rację, nie trzeba jej poganiać i namawiać, bo nie pójdzie, ale my musimy, proszę księdza!

            Diakon trwał jednak w czymś podobnym do amoku, a nasze słowa wręcz spływały po nim jak po kaczce. Mnie natomiast kończyły się siły do pokojowych zamiarów, zaczęłam powoli myśleć nad przemocą.

            – Pójdzie z nami, w końcu jest dzieckiem Bożym!

            Och, w tę bajeczkę też jakoś nie udało mi się uwierzyć. Stworzyli mnie rodzice, ich dzieckiem będę zawsze, a tego, kto był pierwszym z ludzi, nie chciało mi się badać – jaki bowiem miałam wpływ na tak odległą przeszłość? Odpowiedź była jedna – żadnego. A po co dręczyć się czymś, co nie było zależne ode mnie? Ważniejsze było kierowanie się dobrem w tych kwestiach, które zależały ode mnie, byle z czasem żałować jak najmniej podjętych decyzji.

            Moje słowa odbijały się od ściany, ale nie tylko ja miałam dość tej sytuacji, dawny sąsiad także, a przy tym miał zdecydowanie więcej posłuchu i księdza niż ja.

            – Idziemy – zarządził diakon, na co jego współpracownik, w końcu na jednej parafii robili, nie wytrzymał.

– Niech ksiądz da już spokój! – przerwał mu kościelny. – Noga Allison nigdy w kościele nie postanie, a gdyby tak było, toby ją wierni wyrzucili, ot co!

            Duchowny zerknął na mnie, kompletnie nic już nie rozumiejąc, a ja postąpiłam krok w tył, by zwiększyć dystans miedzy nami. Naprawdę nie podobała mi się jego postawa. Jeżeli w tej sposób próbował wabić przed oblicze Pana kolejne owieczki i w ten sposób szerzyć Ewangelię, to ja współczułam jego wiernym. Takie metody, które opierają się na wtargnięciu w przestrzeń osobistą, raczej nie sprawdzą mu się na dłuższą metę.

            – Czyli co, pani w ogóle nie wchodzi?

            – Żeby ją od córki szatana zwyzywali? A niech da ksiądz spokój, od kiedy w szkolnych jasełkach dwadzieścia lat temu grała diabła i zrobiła to tak, ze dorośli mieli ciarki, nikt jej nawet w kościele nie chce widzieć.

            – A ja sama nie wyznaję żadnej religii – wreszcie zaczęłam się bronić czy też tłumaczyć, byle zakończyć tę farsę. – Jestem niewierząca, żadne próby mnie nie nawrócą, niech więc ksiądz nie próbuje, tylko idzie zająć się swoimi owieczkami, ja tu jedynie na babcię czekam.

            Diakon wciąż nie rozumiał.

            – Tak na mrozie?

            – Tam mam samochód – odparłam, wskazując w stronę parkingu – w nim przesiedzę większość uroczystości, na razie chciałam sobie nieco pochodzić.

            Nie musiał wiedzieć, jakie miewam zwyczaje, nasze drogi to się raczej więcej przecinać ze sobą nie będą.

            Nadal patrzył na mnie, niewiele rozumiejąc, ale że teraz to on był osobą ciągniętą przez inną, musiał zająć się pilniejszą sprawą.

            Popychany wręcz przez kościelnego zmierzał do kościółka, a ja odprowadzałam tę dwójkę wzrokiem, póki nie skręcili, by wejść drzwiami na zakrystię. Dopiero kiedy straciłam ich z oczu, wypuściłam z siebie powietrze. Nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy zaczęłam je wstrzymywać. Do tego oparłam ręce na udach i nieco się pochyliłam, by w tej pozycji niczym po biegu dojść nieco do siebie.

            – Takie interakcje to nie na moje nerwy – mruknęłam w grudniową noc, po czym podniosłam głowę i zapatrzyłam się w niebo.

            Nade mną błyszczała nie tylko pierwsza z gwiazd, jaka pojawiła się, ogłaszając czas na wspólną postną jeszcze kolację, bo to miało miejsce kilka godzin wcześniej, a całe ich mrowie – ciała niebieskie, których światło docierało na Ziemię nawet po ich śmierci. Czy kiedykolwiek człowiek zdoła pojąć coś takiego jak odległość w latach świetlnych, to, że otrzymujemy taki widok od bytów, których na dobrą sprawę już nie ma?

            Tyle rzeczy pozostawało niejasnych, a przez to ekscytujących.

            Nie potrzebowałam zerkać na zegarek, by wiedzieć, że naprawdę niewiele czasu pozostało do nabożeństwa. Opad śniegu nieco zelżał, nie miałam więc już takiego towarzystwa podczas chodzenia sobie tam i z powrotem. Jak powiedziałam diakonowi, nie było siły, która doprowadziłaby mnie przed ołtarz w kościele, istniało jednak coś, co wstrzymywało mnie przed skryciem się i czekaniem w samochodzie – odkąd pamiętałam, uwielbiałam o tej porze jedną rzecz.

            Pierwszy dziecięcy płacz, jaki rozpoczynał bożonarodzeniową mszę. Za każdym razem, kiedy go słyszałam, przechodziły mnie ciarki. To był dla mnie najbardziej dotykający sygnał, że przed laty urodziło się dziecko, którego misją było zbawienie świata. Dziecko, które jak każde inne, po wyjściu kanałem rodnym lub wyciągnięte z macicy bierze swój pierwszy wdech i wybucha płaczem, dając do zrozumienia wszystkim wokół, że już jest, żyje, istnieje, a jego obecność ma znaczenie.

            Krążyłam więc nieopodal kościółka, czekając na ten właśnie moment. Bez niego koniec grudnia nie miałby w sobie zupełnie nic magicznego.

            Rozległo się nagranie – żadne dziecko nie mogło przecież być aktorem takiej sceny, bo istniało ryzyko, że coś mu się wydarzy – a ja zatrzymałam się w miejscu i przymknęłam oczy, by lepiej odczuć gęsią skórkę, jaka pojawiła mi się na rękach. To nie było zimno, tylko ekscytacja.

          Za płaczem rozbrzmiały dzwony kościelne i poniosła się pierwsza kolęda. Wypuściłam powietrze i spojrzałam przed siebie na ten ośnieżony krajobraz. Święta Bożego Narodzenia właśnie rozpoczęły się dla tej strefy czasowej. I choć ja sama ich nie obchodziłam, to nie mogłam zaprzeczyć, że nawet i dla mnie miały one w sobie jakąś nieokreśloną do końca magię.

           

 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Hope Land of Grafic