poniedziałek, 19 czerwca 2017

We are the lovers

     Po czasie, kiedy między Rulienem było tylko słodko i lekko zboczono, powoli powstają wspomnienia. Teraz ta dwójka dorosłych przecież ludzi niech się bierze za poważne rzeczy. Dosłownie.
     Jakby co, Amelien, prezerwatywy są w górnej szufladzie nocnej szafki. Nie ma sprawy.



            Tekst przeznaczony dla osób powyżej osiemnastego roku życia i/lub tych, którzy nie wstydzą się czytać o scenach seksu.
[+18]


 


     el sabado, 20 de mayo de 2017


     Zabić.
     Nie sądziłam, że kiedykolwiek dopadnie mnie chęć mordu. Tym bardziej nie sądziłam, że kiedykolwiek przejdzie mi przez myśl, by zabić samą siebie. Nigdy nie byłam depresyjnym typem; zostałam zahartowana przez swój los i pochodzenie, a od kiedy znalazłam swoje miejsce w tym przedziwnym, dążącym do destrukcji świecie, nie skupiałam się na rozważaniu istnienia śmierci.
     A mimo to od kilku dni odrobinę marzę, by stać się mordercą. Chcę zabić swoje własne pragnienia, bo te nie dają mi spać i sprawiają, że zachowuję się dziwniej niż kiedykolwiek. Czerwień wypływa na moją twarz przynajmniej cztery razy w ciągu doby, zazwyczaj – ale nie zawsze – kiedy w pobliżu jest pewien brunet.
     Boże, dlaczego hormony dopadają mnie akurat teraz?!
     Opieram głowę o szybę i przymykam oczy, a migający obraz za szybą znika. Odsuwam się nieznacznie od towarzysza – jeśli nasze ramiona za długo będą się ze sobą stykać, to chyba zacznę tracić nad sobą panowanie. Albo krzyczeć. Albo ucieknę na drugi koniec autobusu lub nawet wcisnę ten pieprzony, czerwony przycisk awaryjny, byle tylko znaleźć się daleko od Ruiza.
     Jaki to demon mnie opętał? Taki, któremu – gdybym mogła – przez całe swoje życie schodziłabym z drogi. Ale nie mam tej możliwości, to dlatego krzyżuję ramiona i kulę się, by wraz ze swoim siedzeniem stworzyć jedność.
     Shocie nie umyka moje zachowanie, czuję na sobie jego spojrzenie.
     – Amelien, dobrze się czujesz? – Nie. – Wszystko w porządku? –  Oczywiście, że nie. – Jesteś trochę blada. – No co ty nie powiesz. – Amelien?
     Spoglądam w jego stronę i uśmiecham się blado. Nie chcę, by się o mnie za bardzo martwił i mnie wypytywał; będę czuła się dziwnie, wyjawiając mu, że to on jest powodem próbujących zabić mnie myśli. Nie powiem mu też, w jakim celu tak naprawdę jedziemy do domu Anne, gdzie się wychowałam, niech wierzy, że spędzimy tam ten krótki, majowy weekend na podlewaniu małego ogródka i dwóch kaktusów.
     – Wszystko w porządku, Ruiz, jestem tylko trochę niewyspana. Jeśli pozwolisz mi się teraz zdrzemnąć, zanim dojedziemy na miejsce, to będę jak nowo narodzona. Zgoda?
     – Zgoda.
     Uśmiecha się ciepło i ściska moją dłoń. Staram się na to odpowiedzieć, choć dobrze wiem, że mój uśmiech jest wymuszony i sztuczny jak u lalki. Skoro pozornie uspokoiłam Ruiza, mogę znowu wyglądać przez okno i myśleć o tym, czy wieczór uda się tak, jak tego chcę. Jestem pełna obaw, pierwsza – i najważniejsza – z nich wynika z tego, że nie mam pewności, iż brunet przystanie na moją propozycję i pomoże spełnić jedno z moich pragnień. Jeśli tak się nie stanie, poczuję się jak idiotka i raczej nie dam rady spojrzeć mu już więcej w twarz. Nie dam rady skonfrontować się również z Anne – dobrze wie, dlaczego zapytałam, czy mogę zaprosić do naszego małego domku Ruiza, choć wcale jej tego nie tłumaczyłam. Nie miała nic przeciwko, w końcu pewnie właśnie w tej chwili zdobywa pierwszy szczyt Gór Skalistych, gdzie to wybrała się ze swoimi przyjaciółmi, aby świętować ukończenie trzydziestu lat. Mimo to z pewnością jutro rano zadzwoni z pytaniem, jak nam poszło, a nie uśmiecha mi się ją okłamywać czy też szlochać jej w słuchawkę. Muszę zachować swoją godność, nieważne, co takiego się wydarzy.
     Boże, dlaczego takie brzemię nagle na mnie spadło? A może to wina któregoś z diabłów? Nie zdziwiłabym się, gdyby szanowny Lucek maczał w tym swoje pokryte smołą paluchy.    Tak właściwie to nie planuję zasnąć, chcę tylko ukryć swój wzrok przed brunetem, chcę na chwilę odciąć się od jego obecności i trafić do swojego świata, gdzie być może zapomnę na kilkadziesiąt minut o tym, co próbuje mnie zabić.
     Udaje mi się to przez dłuższy czas, kiedy nagle czuję głowę Ruiza na swoim ramieniu. Nie otwieram oczu, jedynie lekko odwracam twarz w jego stronę. Już chcę zapytać o to, co się dzieje, kiedy dochodzą mnie głosy mijających nas w autobusie osób - właśnie dotarliśmy na przystanek w samym środku podróży.
     – Widziałeś ją? Boże, jeszcze nigdy nie widziałem takiej ładnej dziewczyny!
     – Stary, uspokój się, przecież to dziewczyna jak dziewczyna.
     – Nie ruszył cię ten nikły uśmiech na jej śpiącej twarzy? Ten warkocz z białych włosów obwiązany chustką? Mamusiu, chyba się zakochałem.
     Jego towarzysz parska śmiechem, słyszę, że siadają gdzieś za nami po lewej. Mam nadzieję, że ich konwersacja właśnie się kończy, nie wszyscy pasażerowie muszę wiedzieć o tym, że jakiś chłopak wyczaił mnie w pojeździe komunikacji międzymiastowej. Poza tym czuję ciężar głowy Ruiza i domyślam się, że zaczyna się wkurzać na ich wymianę zdań.
     – Ale sam widziałeś, że jedzie z chłopakiem. Nie zauważyłeś, że położył jej głowę na ramieniu akurat wtedy, gdy spojrzeliśmy w ich kierunku?
     – Skąd pewność, że to jej chłopak? A może to przyjaciel-gej?
     Kąciki moich ust unoszą się odrobinę, Shota zaś cicho warczy. Nie spodziewałam się, że komukolwiek dwudziestolatek może przywieźć na myśl homoseksualistę. Świat pełen jest niespodzianek.
     – Ktoś tu chyba chce zarobić w zęby – mówi mój towarzysz, gniew prawie z niego kipi.
     Wyciągam lewą rękę – dobrze, że akurat ta jest bliżej bruneta, bo jest mi potrzebna, a nie chciałoby mi się za bardzo z nią wychylać – i odnajduję nią rękę partnera, ściskam jego palce na tyle mocno, by poczuł na skórze nacisk pierścionka.
     – Ruiz, co widzisz na mojej dłoni? – pytam, nadal nie otwierając oczu.
     – Pierścionek.
     – Jaki? – ciągnę go za język, jestem niemalże pewna, że właśnie przewraca oczami.
     – Zaręczynowy.
     – Od kogo go mam?
     – Jesteś gorsza od glin.
     – Odpowiedz.
     Wzdycha, ale spełnia mój rozkaz.
     – Ode mnie.
     – A dlaczego zgodziłam się za ciebie wyjść?
     Unosi nasze dłonie, odrywa swoje palce i tak rusza ręką, by trzymać mnie za moją.
     – Sam nie wiem. Bo do tej pory nikt inny ci się nie trafił?
     Uśmiecham się rozbawiona.
     – Albo dlatego, że zaręczyny łatwiej zerwać niż ślub?*
     
– Nie pomagasz mi, skarbie.
     – Jakbym musiała ci w czymkolwiek pomagać. Zgodziłam się za ciebie wyjść, bo cię kocham i chcę spędzić z tobą resztę życia.
     – Zdajesz sobie sprawę z tego, że to może być najgorsza decyzja w twoim życiu?
     Otwieram oczy, by tylko ujrzeć ukochany błękit i te rysy twarzy, którą znam na pamięć, chyba nawet lepiej niż swoją własną. Ruiz odrywa głowę od mojego ramienia i również na mnie patrzy, jesteśmy tak blisko siebie, że mogłabym policzyć jego rzęsy.
     – Podejmuję to ryzyko z całą odpowiedzialnością. Więc przestań być takim zazdrośnikiem, to było tylko szczeniackie gadanie jakiegoś małolata.
     – Szczeniackie czy nie, nic nie poradzę na to, że się wściekam, kiedy ktoś głośno cię komplementuje, jakbyś była jakimś muzealnym eksponatem. Jesteś człowiekiem, piękną kobietą, szlag mnie trafia, kiedy komuś tylko się wydaje, że to widzi.
     Siła uczucia, które ukryło się w jego słowach, sprawia, że obracam się tak, że siedzę plecami do okna. Patrzę na przystojną twarz ukochanego i chwytam ją w obie dłonie, uśmiecham się do Ruiza.
     – Mnie wystarczy, że ty widzisz prawdziwą mnie. Poza tobą nie chcę niczego więcej, więc błagam, spuść czasami z tonu, a nie groź i nie rzucaj się na innych z pięściami. Dobrze?
     Przewraca oczami i stara się wyrwać z mojego uścisku.
     – Ruiz.
     Teraz głośno wzdycha i robi minę niczym niezadowolone dziecko.
     – No ok, postaram się pohamować przy kolejnej podobnej sytuacji, ale niczego ci nie obiecam.
     Uśmiecham się do niego miło, przenosząc wzrok na jego usta - dolna warga wyjątkowo mnie dziś kusi.
     – Nie musisz obiecywać. Tylko mi ufaj jak zawsze i nie opuszczaj.
     Wyciąga dłoń i gładzi mój policzek.
     – Nie opuszczę. Już nigdy więcej.
     Zadowolona, a nawet i szczęśliwa, pochylam się ku niemu i całuję delikatnie, czekając na jego reakcję. Uśmiecham się, kiedy przyciska swoje wargi mocniej i rozchyla moje usta. O tak, dzisiejszego dnia dajmy się ponieść namiętności.
     
Zaaferowana tłumaczeniem Ruizowi, że mam gdzieś słowa innych mężczyzn, nie zwróciłam uwagi na to, że wciąż jesteśmy obgadywani przez tych dwóch chłopaków. Właśnie całuję bruneta ponownie sekundę po tym, jak rozdzielił nasze wargi, kiedy słyszę głos.
     – Stary, lepiej się prędko odkochaj, oni się właśnie całują!
     – Co ty pieprzysz? Pewnie on się na nią rzucił, zbok jeden.
     – No wiesz, z tego, co widzę, to ona całuje jego.
     – CO?!
     Magiczna chwila zostaje całkowicie przerwana, wzdychamy z Ruizem ciężko dokładnie w tym samym momencie, zerkamy na siebie i uśmiechamy się złowieszczo, knując to samo.
      Na niemy znak oboje podnosimy się z siedzeń, odwracamy do tyłu i dwójce obgadujących nas nastolatków – na moje oko mają nie więcej niż szesnaście lat, obaj są chudzi i pryszczaci – pokazujemy języki, po czym wybuchamy śmiechem i przybijamy sobie piątki. Wiem, jest to bardzo dziecinne, ale czuję satysfakcję psychopaty, wiedząc, że ich twarze oblały się czerwienią.
     – Ach, jakie to zarąbiste uczucie – Ruiz podziela moje zdanie. – To trochę dziecinne, ale chyba się im należało. – Zerka na mnie. – Nie masz mi za złe, że w ten sposób dałem upust swojej złości?
     Kręcę przecząco głową, uśmiechając się do niego szeroko.
     – Nie, uważam, że to było odpowiednie jej ukierunkowanie. Jestem z ciebie dumna.
     Odwzajemnia uśmiech i całuje mnie, ciągnąc za dolną wargę, a uśpione przez sytuację z dwoma chłopcami pragnienia budzą się na nowo. To dlatego szybko się od niego odrywam i obracam, by znowu patrzeć przez okno. Moja twarz płonie, a wizje przewijające się przed oczami prawie odbierają mi dech. Oddycham głęboko i staram się skupić na liczeniu drzew po drodze, by tylko uciec od dziwnych wyobrażeń, które mogą wywołać ogień w moim środku.
     Czterdzieści minut później odnajduję język w swoich ustach, odchrząkuję i nakazuję partnerowi:
     – Za zakrętem wysiadamy.
     Czuję na sobie zaniepokojone spojrzenie chłopaka.
     – Dobrze. Nadal nie czujesz się najlepiej, Amelien?
     Gdyby tylko wiedział, mógłby mnie wyśmiać lub też stwierdzić, że zadaje się z dziewczyną, której do tej pory nie poznał i której woli nie znać, bo taka jest dziwna. Nie łatwo byłoby mi przetrawić coś podobnego, ale musiałabym sobie poradzić. Każdego dnia istnieje jakiś cień, że Ruiz mnie porzuci, bo dojdzie do wniosku, że związek ze mną to jakaś pomyłka. Złamie mi to serce, ale jeśli jego uczyni szczęśliwym...
     Z podobnymi myślami wysiadam z autobusu, nie oglądając się za siebie, ruszam w kierunku domu. Mojego poprzedniego domu. Miejsca, gdzie przez pięć lat żyło mi się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Miejsca, gdzie nareszcie jako zagubione dziecko znalazłam rodzinę i miłość. Mój dom.
     Nie rozglądam się, bo dobrze wiem, co zobaczę, kiedy to zrobię. Moje małe miasteczko zmienia się z prędkością tak nikłą, że chyba dopiero następne pokolenie będzie miało okazję zobaczyć jakiekolwiek zmiany.
     Za to Ruiz prawie zamienia się w sowę, wykrzywiając szyję, jak tylko może. Dziwię mu się, bo właściwie jedynie mijamy park niedaleko mojego domu - ten sam, gdzie mieści się małe jezioro wykorzystujące niezwykłość hybryd. To przez nie po raz pierwszy przeszłam za Misjonarzem do szkoły Powstańców Życia.  Uśmiecham się na samo wspomnienie; to prawie dwa lata, jak moje życie się zmieniło i okazało się, że może być mi lepiej.
     – To mówisz, że to niedaleko ujawniła się twoja anielska umiejętność?
     Oczywistym jest, że Ruiz zna szczegóły tego, jak uratowałam istnienie pewnej dziewczynki, oddając jej jeden anielski oddech. I wtedy zmieniło się wszystko.
     – Tak, tu niedaleko. A co?
     – Nic takiego, miło po prostu dowiedzieć się o tobie czegoś więcej – uśmiecha się do mnie szeroko, co odwzajemniam. – Poza tym bardzo tu ładnie.
     – Myślałam, że uznasz tę małą mieścinę za niewartą uwagi, paniczu z Bostonu – drażnię się z nim, skręcając w moją ulicę, Ruiz prycha cicho.
     – To, że urodziłem się i wychowałem w stolicy stanu, nie oznacza, że każde mniejsze miasto traktuję jak jakąś wieś. Szczerze mówiąc, to po szkole chciałem wyjechać gdzie indziej, gdzieś, gdzie jest spokojnie, życie tak nie pędzi, a z ludźmi da się zamienić podczas przypadkowego spotkania coś więcej niż tylko cześć, cześć.
     Jestem odrobinę zaskoczona tym małym wyznaniem. Myślałam, że pragnie życia w dużym mieście, bo podoba mu się jego rytm i większy wachlarz perspektyw, jaki daje mieszkanie w nim. Ktoś kiedyś dobrze mi powiedział: drugiego człowieka poznaje się każdego dnia życia.
     – Czyli gdybym w przyszłości powiedziała, że chcę się zawodowo i prywatnie związać z jakimś małym miasteczkiem, to pojechałbyś za mną?
     Patrzy na mnie łagodnie, uśmiecha się nieznacznie, odrobinę mocniej ściska moją dłoń.
     – To chyba oczywiste, w końcu będę przecież twoim mężem.
     Moje serce bije trochę szybciej, kiedy patrzę na niego, a sens jego słów powoli do mnie dociera.
     Przecież będę twoim mężem.
     
Przełykam ślinę i mrugam szybko, byle tylko pozbyć się zdradzieckich łez spod powiek.
     – Teraz się zastanawiam, czy to aby na pewno dobry pomysł.
     Wybucha śmiechem i przygarnia mnie ramieniem bliżej siebie.
     – Wierz mi, na lepszy do tej pory nie wpadłem.
     – Jakoś mnie to nie dziwi.
     Otrzymuję od niego sójkę w bok.
     – Czy ty właśnie kwestionujesz moją inteligencję?
     – Nie, skądże, wydaje ci się tylko.
     Czuję na sobie spojrzenie bruneta, zerkam na niego, a wtedy on zatrzymuje się i pochyla, by lekko mnie pocałować. Unoszę głowę, ułatwiając mu drogę do moich ust, a z mojej piersi wyrywa się westchnienie. Ruiz uśmiecha się, kiedy rozłącza nasze wargi.
     – A już myślałem, że nauczyłaś się nie reagować w ten sposób na moje pocałunki.
     – Może mi powiesz, że to ci się w ogóle nie podoba?
     – No co ty, to tylko karmi moje ego. – Uśmiecha się i całuje mnie jeszcze raz, dłużej, ale równie słodko.
     Dotykam jego policzka i nie pozwalam, by oddalił się za szybko. W końcu i tak jesteśmy niedaleko domu, możemy przez chwilę oddać się małej przyjemności.
     – No już, spokój, opanujmy się z tym całowaniem, mamy przecież na to czas. – Chwyta za moją dłoń i ciągnie mnie do przodu. – Pokaż mi to swoje królestwo.
     Z uśmiechem prowadzę go przed niewysoki biały płotek przed niewielkim ogródkiem i równie niewielkim domem. Jak to mawia Anne, może i małe, ale najważniejsze, że własne.
     – Witaj na moich włościach. – Rozpościeram ramiona i prezentuję takim gestem swoje miejsce na świecie.
     Chłopak przygląda się budynkowi, trawnikowi i marszczy nos.
     – A myślałem, że żartowałaś z tym, że będziemy musieli coś tu podlać.
     Wzruszam ramionami.
      – Gdybyś mnie słuchał, nie miałbyś teraz takiej miny. Chodź, zapraszam do środka.
     Teraz to ja ciągnę go za rękę i prowadzę tam, gdzie spędziłam najlepszy czas swojego życia, zanim go poznałam.


~*~

     Słońce powoli kieruje się na zachód, maluje niebo na ciepły kolor pomarańczy i przyjemny róż. Klucz ptaków przelatuje nad miasteczkiem, a ja obserwuję go z okna w kuchni, gdzie przygotowuję dla nas posiłek. Ruiz siedzi w małym salonie i przełącza kolejne kanały. Miał uruchomić DVD, ale stwierdził, że poczeka, aż do niego dołączę – nie chce, bym podejrzewała go o to, że coś zepsuł, jeśli odtwarzacz nie zadziała na moje żądanie.
     Mieszam danie w garnku, nucę cicho jedną z ostatnio poznanych piosenek i staram się nie zboczyć z myślami na tereny, gdzie nie powinno mnie być.
     Wydaje mi się, że obiad jest już gotowy, dlatego wyłączam palnik i biorę się za wyciągnięcie z szafki talerzy. Jestem tym na tyle zaaferowana, że nie rejestruję, kiedy Shota wchodzi do kuchni, staje za mną i sam sięga po naczynia, czym prawie mnie straszy.


   
     Przełykam ślinę, przejmując od niego talerze, z szuflady wyciągam za to widelce. Nie wiem, dlaczego chłopak opuścił salon i pozostawił telewizor na pastwę jakiegoś bardzo zdesperowanego złodzieja, ale nie pytam o nic. Chwilowo w ogóle nie umiem odnaleźć swojego głosu, by cokolwiek powiedzieć.
     – Mam wrażenie, że nie przyciągnęłaś mnie tu tylko po to, by spędzić wieczór na oglądaniu filmów sprzed dwudziestu lat – zagaja, a mnie się nagle robi ciepło. Czyżby widział, co mi dolega? Przecież starałam się nie dać nic po sobie poznać!
     Zerkam na niego i natykam się na czujny błękit badający moją twarz. Odwzajemniam jego spojrzenie, starając się nie przenieść wzroku na jego usta, powoli wypuszczam powietrze z ust i biorę kolejny wdech.
     Tylko spokojnie, Am. Tylko spokojnie.     
     – Masz rację, przyciągnęłam cię tutaj również po to, byś pomógł mi pozbyć się zapasów makaronu z serem. Głodny?
     
– Jeszcze pytasz? No oczywiście, że tak. Nałóż mi cały talerz, kochanie. Proszę.
     Wzdycham cicho.
     
– Dobrze, nałożę. Wiesz, że nie musisz robić przy tym miny biednego szczeniaczka? Samo słowo proszę sprawia, że ci nie odmawiam.
     
– Wiem, po prostu staram się tego nie nadużywać. – Całuje mnie w czoło i przejmuje ode mnie napełnione jedzeniem naczynie. – Mam zabrać do pokoju ketchup albo jakieś picie?
     
– W lodówce na drzwiach jest butelka schweppesa, weź ją, o ile nie przeszkadza ci smak gorzkiej limonki.
     
– Wolałbym pomarańczę, ale dla ciebie się poświęcę.
     Przewracam oczami, kiedy z zaopatrzeniem chłopak wraca do salonu. Nakładam porcje obiadu również dla siebie, chwytam za dwie szklanki i dołączam do partnera, który nareszcie bierze się do uruchomienia odtwarzacza. Zasiadam wygodnie na kanapie i obserwując poczynania bruneta, nalewam napój do szklanek. Z rozpoczęciem jedzenia czekam, aż usiądzie obok, nie chcę, by miał do mnie jakieś pretensje, a znam go na tyle, by wiedzieć, iż czasami mu się one zdarzają i to z bardzo głupich, prozaicznych i infantylnych powodów.
     
– Czyń honory, księżniczko – mówi, podając mi pilot i biorąc się za konsumpcję. Makaron prawie spada mu z widelca, na co zupełnie nie zwraca uwagi, wpatrzony w logo wytwórni.
     
– Smacznego.
     Przez pierwsze dwadzieścia minut filmu zajadamy się obiadem, Ruiz nawet idzie po dokładkę, przez co zatrzymuję seans, a natarczywe myśli znowu mnie atakują. Nie jestem pewna, jak długo wytrzymam. Jeśli będzie już ze mną źle, zakończymy maraton szybciej i przejdziemy do kolejnego punktu, który przygotowałam.
     Po skończeniu pierwszego filmu i jego skomentowaniu, kiedy pochylam się, by ze stolika zabrać opakowanie z kolejną płytą, zostaję pocałowana w skroń. Spoglądam zaskoczona na bruneta, a ten uśmiecha się łagodnie.
     
– O co chodzi? – pytam go nagle spięta, a moja twarz pewnie robi się czerwona, bo znowu pojawia się to cholerne pieprzenie.
      
– O nic. Uznajmy to za moje małe podziękowania za obiad. Choć tym wytrąciłaś mi kartę z dłoni.
      
– Słucham?
      – Bo widzisz, sam chciałem nam coś przygotować, by za kilka tygodni jakoś uczcić fakt, że mija rok, jak mnie pocałowałaś. Chciałem zrobić coś, czego do tej pory nie robiliśmy. I teraz już nie mam pomysłu na rocznicową randkę.
     O cholera. A ja w ogóle zapomniałam, że zbliża się jakakolwiek rocznica związana z naszą dwójką inna niż ta z okazji poznania się.
     O cholera.
     Rumienię się lekko, bo dobrze wiem, co mógłby przygotować, jeśli dzisiaj ja nie podołałabym zadaniu. Odchrząkuję i uśmiecham się przymilnie do chłopaka.

     – Wiesz, nadal możesz nam coś ugotować. Ale proszę, by było to coś bez jagód, te mam w planach na jutro na śniadanie do twojego musli.
     
– No nie! Kolejna karta wytrącona z ręki. Na razie nie mam pomysłów.
     
– Nie martw się, coś ci na pewno przyjdzie do głowy.
     
– Mam nadzieję. – Jeszcze raz całuje mnie w skroń. – Bardzo chcesz obejrzeć ten drugi film?
     Patrzę na niego zaskoczona pytaniem. Kolejna ma być komedia z Jimem Carreyem, wiem, że chłopak go lubi, dlaczego więc miałby chcieć z niego zrezygnować? Fakt, ja już go widziałam, ale lubię wracać do filmów, które mi się spodobały.
     Zastanawiam się przez chwilę. Nie bardzo wiem, co takiego brunet chce zaproponować za film, trochę się tego obawiam, ale jednocześnie mu ufam. Dlatego zaryzykuję.
     
– Niekoniecznie. A co chcesz robić?
     
– Obejrzeć twój pokój. Jestem tu od czterech godzin, nawet podlałem kwiatki i trawnik w tym wieczornym skwarze, a nadal nie zaprosiłaś mnie do swojego królestwa.
    Przełykam ślinę. Mogłoby się wydawać, że zaproszenie do swojego pokoju to będzie pikuś 
– przecież w akademiku Ruiz gości u mnie codziennie, kilkukrotnie dzieliliśmy też łóżko – ale kiedy wiem, jakie pragnienie mnie zabija, nie jestem pewna, czy powinnam go zapraszać. Jeśli to zrobię, zrobię krok ku temu, co niekoniecznie spodoba się chłopakowi.
    Ach, dlaczego mam aż tak wiele wątpliwości?    Wzdycham cicho.
    
– Niech ci będzie. – Wstaję z kanapy i ruszam w stronę małego korytarza. – Proszę za mną.     Idzie za mną niczym cień, prawie bezgłośnie, jedynie jego oddech docierający na mój kark świadczy o tym, że jest tak blisko.
    Biorę głęboki wdech, otwierając drzwi prowadzące do kolejnego niewielkiego pomieszczenia. Oprowadzając tak partnera, odnoszę wrażenie, że cały mój dom jest za mały, by komukolwiek go pokazywać. Ale nie zamieniłabym go nigdy na żaden pałac.
     
– Zapraszam – odzywam się cicho i przepuszczam bruneta do środka. Niech pozna i ten azyl, który sobie stworzyłam. 
     Daję mu czas, by zapoznał się z wyglądem mojego pokoju. Z założonymi ramionami obserwuję, jak przygląda się zdjęciom ustawionym na komodzie, jak patrzy na jedyny plakat zawieszony nad łóżkiem, jak odczytuje tytuły mang ustawionych na parapecie okna. Patrzę, jak zapoznaje się z moim małym światem, i jestem coraz bardziej zdenerwowana. Nie chcę wycofywać się z tego, co zaplanowałam, ale kto może dać mi słowo, że nie stchórzę? Chyba nikt.
     Ruiz dostrzega, że coś mnie martwi, zbliża się i lekko pochyla, by przyjrzeć się lepiej mojej twarzy.
     – Jakoś nie jestem zaskoczony wystrojem, nie dziwię się też, dlaczego twój pokój w akademiku wygląda tak, jak wygląda. – Robi kilka kolejnych kroków i staje przede mną, bacznie mi się przygląda. – Może powiesz, co się dzieje? Dziwnie się zachowujesz.
     Nie da się nie zauważyć zmian nastroju osoby, którą zna się jak własną kieszeń. Chłopak zbliża się jeszcze trochę w moją stronę. Przyszła pora, by wyznać to, co męczy mnie od kilku dni i frustruje.
     Patrzę w twarz Shoty, w jego niebieskie oczy, po czym czynię krok do przodu, opieram dłonie na jego ramionach, przystaję na palcach i całuję go. Oddaje pocałunek lekko, ale nie tego pragnę. Nie tym razem.
     Jest zaskoczony, kiedy przylegam swoimi wargami do jego z większą siłą. Otacza mnie ramionami w talii, na chwilę odrywa się ode mnie.
     – Chcesz mnie zacałować na śmierć? – pyta z uśmiechem.
     – Nie – odpowiadam poważnym głosem. – Chcę ci złożyć propozycję.
     Unosi brew.
     – Niby jaką?
     – Kochaj się ze mną. Teraz.
     Patrzy na mnie zaskoczony, bada moją twarz. Spokojnie odpowiadam na to spojrzenie, moje usta pragną kolejnych pocałunków, dłonie zaś chcą poznać każdy centymetr ciała chłopaka. Czuję mrowienie i dziwną chęć rzucenia się na partnera. Nie należę do inicjatorów żadnych wydarzeń, ale wiedząc, jak bardzo pragnę Ruiza, chyba nie zdołam się powstrzymać przed pierwszym krokiem.
     – Żartujesz sobie, prawda?
     Spodziewałam się, że nie da wiary moim słowom, choć we wrześniu był gotowy z miejsca iść ze mną do łóżka. A przynajmniej tak mówił. Teraz, kiedy ma okazję i moją całkowitą aprobatę, myśli, że robię sobie z niego jaja.
     Nic z tych rzeczy.
     Nie odrywając od niego wzroku, czynię krok do tyłu i zaczynam rozpinać guziki ulubionej koszuli. Robię to powoli, obserwując, jak Ruiz oblewa się coraz większą czerwienią.
     – Amelien – mówi cicho, patrząc, jak ściągam z siebie ubranie.
     Staję przed swoim chłopakiem w dżinsach i kremowym staniku, gotowa pozbyć się także ich. Wystarczy tylko jedno słowo, a to uczynię, choć szczerze powiedziawszy, wolałabym, by to on rozebrał mnie do końca.
     Przełyka ślinę, wędruje spojrzeniem po całym moim ciele i wzdycha.
     – Cholera, jak mam ci odmówić?
     – Nie odmawiaj – mówię z siłą. – Zrób to. Proszę.
     Przybliża się i składa na moich ustach gorący pocałunek, ręce kładzie na talii i przyciąga do siebie, czuję szorstkość materiału okrywającego jego tors. Kładę na nim dłoń, która po chwili znika pod koszulką bruneta. Dotykam jego mięśni brzucha, ciepło jego ciała przenika na opuszki palców. Ruiz gwałtownie wciąga powietrze i patrzy na mnie.
     – Nie proś, to będzie dla mnie zaszczyt.
     Całuje mnie z mocą, chwyta za kark, druga dłoń pieści moje plecy. Robi mi się gorąco.
     Dobrze wiedząc, dokąd zmierza, Ruiz prowadzi mnie na moje łóżko, gdzie pcha mnie lekko. Opadam na materac i wyciągam ręce, byle tylko móc objąć chłopaka i całować go bez końca, dotykać go bez końca, być z nim bez końca.
     Ledwie się nade mną pochyla, a ja już próbuję ściągnąć z niego T-shirt. Co się ze mną dzieje?     Gdy ubranie chłopaka opada na podłogę, ciągnę go w swoją stronę tak długo, aż się na mnie nie położy, a ja nie zdam sobie sprawy z wybrzuszenia w jego spodniach. Pąsowieję, ale wracam do całowania. Jeśli Ruiz jest podniecony, to dla mnie znak, że naprawdę działam na niego pod względem fizycznym, a w tym momencie jest to dla mnie najlepszy komplement.
     – Czyli to nie dawało ci spokoju przez ostatnie dni? – dopytuje między pocałunkami, a ja przewracam oczami.
     
– Naprawdę chcesz o tym teraz rozmawiać?
     
– No cóż, atmosfera dopiero zaczęła się zagęszczać, więc...
     – Więc nie niszcz jej swoją niepotrzebną gadką, Ruiz, tylko mnie całuj.
     Moje usta lądują niespodziewanie na jego policzku, szybko jednak odnajduję jego usta i całuję. Zatracam się w tym na kilkanaście sekund, odrywam, by nabrać powietrza i zacząć kolejny maraton, kiedy partner mnie powstrzymuje.

     – Czekaj.
     Zastygam kilka centymetrów od jego ust, moje ręce zaprzestają na chwilę wędrówki po plecach chłopaka. Ruiz patrzy na mnie z pożądaniem, ale i niepewnością.
     – Jesteś tego pewna? Am, to twój pierwszy raz.
     Odsuwa się ode mnie, jestem za tyle zaskoczona, że nie próbuję go zatrzymać. Idę w jego ślady, sama przysiadam na łóżku. Moje serce bije jak oszalałe, oddech jest przyspieszony, na karku czuję kropelki potu. Nie rozumiem, dlaczego przestał. Jego dotyk rozpalał moją skórę, dawał mi zapomnienie.
     Może właśnie o to chodzi? Że Shota nie chce się poddać zapomnieniu? Ale przecież tyle razy bezceremonialnie mówił o intymnych rzeczach, ostrzegł, że będzie chciał mnie dotknąć jako pierwszy mężczyzna. Co więc ma teraz na myśli?
     Unoszę dłoń i dotykam nią pleców chłopaka.
     – Tak, jestem. Pytałeś, co się dzieje. Oto odpowiedź. Od kilku dni nie potrafię myśleć o niczym innym, jak o tym, że chcę się z tobą kochać. Nie potrafię wyjaśnić, skąd wzięło się to pragnienie, ale mam go już dość. Poza tym kocham cię i chcę, byś był moim pierwszym. Właśnie dzisiaj, właśnie tutaj. O ile ty też mnie chcesz.
     Zerka na mnie, a jego oczy ciemnieją. Przybliża się i składa na moich ustach krótki pocałunek.
     – Nie chcę cię skrzywdzić, a nie wiem, czy potrafię być dość delikatny.
     Uśmiecham się pod nosem.
     – Brzmisz jak Edzio ze Zmierzchu.
     – Dobrze wiesz, jak po pierwszym razie skończył on i Bella.
     Tym razem to ja się śmieję.
     – To nie oznacza, że skończymy jak oni, Ruiz. – Wyciągam dłoń i dotykam nocnej szafki, wysuwam jej górną szufladę i palcami znajduję to, czego szukałam. – Jak widzisz, jestem przygotowana. – Podaję partnerowi malutką paczuszkę, rumieni się, trzymając ją w dłoni.
     – No to już mam całkowitą pewność, że zaplanowałaś ten scenariusz całkowicie punkt po punkcie, skarbie.
     Wzruszam ramionami.
     
– Chyba po prostu nie chciałam, byś znalazł powód, by ode mnie uciec dzisiejszego wieczora.
     
– Nie miałbym dokąd przed tobą uciec.
     
– Też prawda.
     Pochyla się i całuje mnie, a jedna z jego dłoni ląduje na mojej ukrytej w miseczce biustonosza piersi. Wzdycham cicho na ten dotyk.
     – Rozbierz mnie do końca – rozkazuję mu cicho, zanim zdążę ugryźć się w język.
     Granatowe oczy prawie błyszczą, gdy chłopak sięga za moje plecy.
     – Jak sobie życzysz, moja pani.
     Dość sprawnie jednym ruchem odpina zapięcie stanika, powoli zsuwa ramiączka. Walczę ze sobą, by się nie zakryć, mam wątpliwości, czy dobrze robię, pozwalając mu na to.
     Z drugiej strony widział mnie już nago – wspomnienie nieszczęsnego spotkania w łazience nadal wywołuje u mnie ogromne zażenowanie – a pragnienie, które jakiś czas temu zagnieździło się w moim ciele, nie ustaje w swoim wzroście. Jeśli dzisiaj nie dam mu się nakarmić tym, czego chce, zniszczy mnie od środka. A jakoś nie uśmiecha mi się zwariować z jego powodu.
     Czuję palące spojrzenie na wysokości biustu, obserwuję, jak partner unosi dłonie, by dotknąć nimi moich piersi. Staram się zapanować nad sobą, kiedy to robi i zaczyna je pieścić. Nie dane mi jest jednak zachować spokoju za długo. Kiedy jego język dotyka mojego sutka, drżę i jęczę cicho. Przyciskam dłoń do ust, by kolejne jęki nie dotarły do uszu bruneta, nie chcę przerywać mu jego pracy, bo jest w niej niesamowicie dobry. Powiedziałabym nawet, że diabelsko dobry.
     Odrywa usta od wydatnych części mojej klatki piersiowej, zamiast tego całuje mnie w usta.
     – Jesteś piękna.
     – Już to gdzieś słyszałam.
     Uśmiecha się odrobinę, po czym wraca do całowania, napiera na mnie z taką siłą, że nim się obejrzę, a ląduję na plecach, prawa ręka chłopaka zmierza powoli w stronę rozporka moich dżinsów.
     No to teraz się zacznie. 
     Pozwalam mu się rozebrać, z wypiekami obserwuję, jak sam pozbywa się ubrań. Nie czuję wstydu, jedynym, co we mnie siedzi, to ogromne pożądanie i pragnienie, by Ruiz ugasił mój własny pożar. Nie czuję zażenowania, kiedy wyciągam dłoń, by dotknąć jego nabrzmiałego przyrodzenia, na co chłopak gwałtownie wciąga powietrze. Obserwuję, jak nakłada zabezpieczenie, wzdycham, kiedy powoli się na mnie kładzie. To wszystko jawi mi się jako inny świat, sen, w którym biorę udział, jednocześnie będąc zupełnie gdzie indziej. Dziwne, ale nie nieprzyjemne uczucie
     – Am, pytam po raz ostatni. –  Ruiz patrzy na mnie już nie niebieskimi, a prawie granatowymi z emocji oczami, oddycha również szybko co ja. Do jasnej anielki, niech nie gada, a działa! –  Jesteś tego pewna? Na sto procent? Absolutnie? Bo za chwilę nie będzie od tego odwrotu.
     Czy planowałam ten wieczór od tygodnia, czy specjalnie go tu ściągnęłam, czy specjalnie gotowałam obiadokolację, wystroiłam się i odpowiednio zaopatrzyłam, by teraz się wycofać?
     Chyba śni.
     –  Masz założoną prezerwatywę, Ruiz. To chyba jasne, że nie ma już odwrotu. –  Unoszę głowę i wpijam się w jego usta na jeden moment. Odrywa się szybciej, niżbym chciała.
     –  Pytam poważnie. –  Przewracam oczami na to przeciągane struny. –  Jesteś tego pewna?
     –  W tym momencie jestem. Ale jeśli nie przestaniesz gadać jak w jakimś hentai, to albo się rozmyślę, albo zrzucę cię i sama na ciebie skoczę. Co wybierasz?
     Jego oczy prawie płoną, a mnie robi się coraz cieplej pod wpływem jego spojrzenia. Głaszczę jego policzek, na co wzdycha i pochyla się ku mnie jeszcze bardziej.
     – Kocham cię – szepcze i całuje mnie delikatnie.
     Przyciągam go do siebie, prawie oplatam nogami jego biodra.
     Dobrze wie, że nie ma już wyjścia. Nie cofnę się już przed niczym, tak samo nie pozwolę mu odejść. Zabrnęliśmy na tyle daleko, że teraz nie ma już odwrotu.
     – Wiem, że mnie kochasz – odpowiadam. – A ja kocham ciebie.
     Ruiz wzdycha cicho, czuję, jak nakierowuje się na wejście we mnie. Biorę głęboki wdech i przymykam oczy.
     Niech się dzieje.
     Czuję ból, kiedy wchodzi we mnie po raz pierwszy, zagryzam wargi, by nie krzyknąć. Krzywię się, co chłopak dostrzega. Głaszcze moje włosy i całuje moje czoło, przymknięte powieki, policzki, usta i szyję.
     
– Szaleję za tobą – szepcze i wchodzi do końca, a z moich warg wyrywa się cichy jęk bólu.
     Pierwsze lody przełamane, teraz chyba nie może być już gorzej.

     Chłopak całuje mnie mocno i zaczyna się poruszać, a ból spowodowany przerwaniem błony powoli ustępuje. Jak przyrzekł, Ruiz jest delikatny, powoli zaczyna uczyć mnie nowego dla mnie świata. Porusza się we mnie rytmicznie, a ja tracę kontrolę nad własnym ciałem, potrafię jedynie czuć niewyobrażalną rozkosz. Nie do końca zdaję sobie z tego sprawę, ale drapię partnera lekko po plecach. Szukam jego ust, na których składam kolejny gorączkowy pocałunek. 
     Czas jest pojęciem względnym, a jego odczuwanie czymś subiektywnym. Czasami minuty jawią się jako godziny, innym razem zaś godziny jawią się jako minuty i sekundy. Tak jest właśnie teraz. Nie umiem powiedzieć, czy mijają minuty, czy może godziny, a może nawet wieki. Nie umiem i właściwie niepotrzebna mi jest ta wiedza, kiedy po prostu jest mi niesamowicie dobrze.
     Pcha coraz mocniej, zaciskam nogi na jego biodrach i czuję to. Czuję, jak nagle coś od środka mnie rozrywa. Moje plecy wyginają się w łuk, przeszywa mnie fala orgazmu, a moje jęki ustają. Z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk.
     Co do jasnej cholery?!
     
Wpatruję się w sufit swojego pokoju i nie wierzę, że tak właśnie skończyłam. Ruiz także skończył, opada na mnie i dyszy ciężko. Moje płuca także nie nadążają ze swoją pracą, jednak mój umysł pochłonięty jest analizowaniem zupełnie czegoś innego niż tego, że właśnie oto po raz pierwszy uprawiałam seks.
     Brunet schodzi ze mnie i kładzie się obok. Wyciąga ramię, by mnie objąć, nie jestem jednak w stanie pozostać w łóżku, tym bardziej, że wyczuwam mokrą plamę pod swoim tyłkiem. Muszę zmienić pościel, ale najpierw chyba pójdę się umyć, może to pomoże na moją nagle skołowaną głowę.
     –  Am? –  Ruiz unosi się na łokciach i patrzy na mnie badawczo. –  Wszystko w porządku?
     Unikam jego wzroku, wstaję z łóżka i podchodzę do szafy, z której wyciągam jedną z długich koszulek. Podchodzę do drzwi.
     –  W najlepszym. Idę pod prysznic.
     –  Mam do ciebie dołączyć?
     Krzywię się na samą myśl.
     –  Nie musisz, zdołam umyć sobie plecki.
     Zamykam za sobą drzwi i przechodzę do małej łazienki. Staję przed lustrem i przez chwilę przyglądam się swojemu nagiemu ciału. Czuję się dziwnie, jakby bardziej otwarta, jednocześnie odrętwiała. Czy tak powinno być? Nie wiem.
     Wchodzę pod prysznic i ustawiam wodę. Pozwalam wodzie obmywać ciało, które wydaje mi się nie być moje, i rozmyślam, co najczęściej jest przyczyną mojego nieciekawego humoru.
     Jak on to odbierze? Jestem pewna, że jego poprzednie partnerki piały z zachwytu –  i z rozkoszy, oczywiście –  kiedy doprowadzał je na skraj przyjemności. Jest rewelacyjny. Może miałam obawy, ale się im nie poddałam; dzięki temu zobaczyłam jeszcze jedną twarz Ruiza: tę, kiedy zachowuje się instynktownie, a jednocześnie po dżentelmeńsku. Kiedy zaspokaja swoje potrzeby, nie zapominając przy tym o potrzebach partnerki.
     Cholera.
     Opieram się głową o kafelki i cicho warczę. Jak mogłam się tak zachować? Ale skąd miałam wiedzieć? Zawsze wydawało mi się, że każda kobieta krzyczy podczas szczytowania, z kim niby miałam o tym porozmawiać? Z pewnością nie z Anne. To wspaniała przyjaciółka, ale głównie moja prawna opiekunka. Nie jestem nawet pewna, jak zareaguje na wieść, że naprawdę uprawialiśmy seks podczas  jej nieobecności  nie do końca wierzyła, że zdobędę się na taki krok – tym bardziej nie wiem, jak zareagowałaby na moje pytanie o przeżywanie orgazmu.
     Robi mi się słabo, zanurzam więc głowę pod zimną wodę, byle tylko pozbyć się tego nieznośnego uczucia słabości. Namydlam się i opłukuję, a kiedy uznaję, że jest mi już wystarczająco chłodno, wychodzę spod prysznica i okrywam się frotowym ręcznikiem w kolorze jasnej zieleni. Nie uspokaja mnie ona, ale mam odrobinę czystszy umysł, jakby i na niego podziałała woda, mogę więc jako tako z twarzą wrócić do swojego pokoju.
     Kiedy wchodzę do środka, słyszę delikatną balladą. Ruiz ściągnął już ubrudzoną pościel, założył bokserki i koszulkę. Nigdzie na podłodze nie dostrzegam zużytej prezerwatywy, mam nadzieję, że wylądowała w koszu, a nie za oknem.
     Brunet dostrzega moją obecność, uśmiecha się lekko.
     – Hej – wita się.
     
– Hej, wróciłam.
     Kiwa głową, dłonią wskazuje na zmiętą pościel pod swoimi nogami.
     
– Wziąłem się za porządki. Nie wiem, gdzie trzymasz świeżą pościel, nie chciałem szukać ci po szafach, więc zaprzestałem tej pracy.
     
– Dzięki i tak.
     Odwzajemniam uśmiech i cofam się na korytarz, gdzie w ukrytej na jego końcu szafie trzymamy pościel i ręczniki. Wybieram tę w esy-floresy i z nią wracam do pokoju.
     
– Zajmę się tym – oznajmiam – teraz ty możesz się umyć, ręczniki są na regale.
     Zbliża się do mnie i całuje mnie czule w usta.
     
– Dzięki, niedługo wrócę.
     Znika za drzwiami, a ja przebieram pościel i staram się nie czuć jak ostatnie zero. Boję się tego, co będzie, kiedy chłopak wróci. By tyle o tym nie myśleć, kończę porządkować łóżko, po czym opuszczam pokój, by zamknąć drzwi wejściowe do domu, powyłączać zbędne światło i urządzenia. Dopiero po tym wszystkim wracam do siebie, gdzie zastaję rozłożonego na najwygodniejszym meblu w pokoju chłopaka. Leży z zamkniętymi oczami i nie reaguje, kiedy zamykam za sobą i się do niego zbliżam. Przyglądam mu się, nie spodziewając, że nagle chwyci mnie za rękę, czym mnie straszy.
     
– A!
     
– I co krzyczysz, dziewczyno? Chodź tutaj, chcę już spać.
     Ciągnie mnie ku sobie, prawie spadam na łóżko. Dobrze, że w porę mnie łapie, inaczej niechybnie straciłabym zęby.
     
– Wiem, że na mnie lecisz, ale nie musisz mi tego cały czas okazywać.
     Milczę, wślizgując się pod kołdrę i układając obok niego. Pozwalam się objąć ramionami, choć jestem pewna, że skoro leżę twarzą do niego, to ręka po moją głową rano będzie zupełnie zdrętwiała, a brunet będzie na mnie psioczył. Najwyżej odgryzę mu się w niewybredny sposób.
     
– Dobranoc, Amelien.
     
– Nadal nie zgasiłam światła.
     
– Nie szkodzi, zgaszę je klaskaniem.
     
– U mnie to tak nie działa
     Wzdycha cicho i otwiera oczy. Spokojny błękit przywodzi mi na myśl spokojny ocean gdzieś z dala od ludzkich oczu.
     
– Mam cię wypuścić z ramion, byś je zgasiła, tak?
     
– Zgadza się.
     
– Ale ja nie chcę.
     Mięknie mi serce. Te chwile, kiedy brzmi jak małe dziecko, nie są pojawiają się zbyt często, są za to tak urocze, że aż chcę je zapamiętać mocniej niż inne.
     
– Co takiego więc proponujesz?
     
– Sam je zgaszę.
     
– A myślisz, że wpuszczę cię do łóżka, kiedy je opuścisz?
     
– Już raz mnie do niego wpuściłaś, dlaczego teraz miałabyś tego nie zrobić?
     Nie mam na to odpowiedzi, dlatego milczę i pozwalam brunetowi, by spełnił to, co sobie postanowił. Jestem niemalże pewna, że uderzy o coś, wracając w mroku, zaskakuje mnie więc, kiedy układa się obok w ciemności bez żadnej przykrej niespodzianki po drodze.
     Nie wiem do końca, jakie umiejętności posiada, ale udaje mu się odnaleźć moje usta i złożyć na nich czuły pocałunek.
     
– Dobranoc, kochanie.
     – Dobranoc, Ruiz.
     W jego objęciach przespałam już kilka nocy, ta jest jednak pierwszą całkowicie wspólną. I choć na razie uczucie zażenowania ucichło, wiem, że zaatakuje ponownie.

     I tego się boję.


~*~

     el domingo, 21 de mayo de 2017 

     Niedziela wygląda inaczej niż poprzedzający ją dzień. Nie jest tak ciepła i słoneczna, na niebie krążą ładne cumulusy, a delikatny wiatr gładzi policzki. Pogoda idealna na mój nastrój.
     Niedawno minęła trzecia po południu. Podróż autobusem z powrotem do szkoły trwała o całe piętnaście minut dłużej, obyła się jednak bez podobnego zdarzenia 
– żaden chłopak się we mnie z miejsca nie zakochał, a Ruiz nie miał powodu, by być o mnie zazdrosnym. Choć czy po ostatniej nocy w ogóle powinien? Przecież jestem już całkowicie jego.
     Pobudka po dziesiątej była dość przyjemna, bo w objęciach ukochanego. Wspólnie przyszykowane śniadanie było czymś niezwykłym i prawie mistycznym. Na takim etapie związku z nikim nie byłam, nawet o czymś podobnym nie myślałam. A się wydarzyło i nadal dzieje.
     Docieramy do głównego budynku akademika i kierujemy się do windy, by zostawić w naszych pokojach plecaki. Cała szkoła dostała ten weekend spokoju, nikt więc nigdzie się nie śpieszy; uczniowie wylęgli na podwórze i boiska. Puste mury to rzadkie spotykane tu zjawisko, ale jestem wdzięczna, że na nikogo się nie natykamy 
– moja twarz jest czerwona, bo mózg usilnie przypomina mi o tym, co robiliśmy z Ruizem jakiś czas temu. Nadal wydaje mi się, że to był sen.
     – Zobaczymy się na sali treningowej, tak? – pyta mnie Shota, kiedy stajemy przed pokojami i mamy się rozdzielić. Po drodze do szkoły umówiliśmy się, że trochę poćwiczymy, by nie tracić formy, bo nigdy nie wiadomo, kiedy Deien zarządzi półgodzinny bieg po okolicy dla całego drugiego roku.
     Uśmiecham się do chłopaka i kiwam potakująco głową.
     – Tak, zobaczymy.
     Pochyla się, po czym idzie do siebie. Patrzę za nim, a poczucie winy, że ostatnia noc była niewypałem, znowu mnie ogarnia. Zamykam się w pokoju, rozpakowuję, po czym zakładam słuchawki i siadam na podłodze obok łóżka. Staram się wsłuchać w słowa kolejnych piosenek i zapomnieć o nocy, co w końcu mi się udaje i tracę poczucie czasu.
     Kiedy wybudzam się z transu, jestem spóźniona pięć minut. Nie mam ochoty widzieć się z partnerem, to dlatego zabieram ze sobą odtwarzacz muzyki, zamykam drzwi i kieruję się na schody do góry, by przejść przez ostatnie piętro akademika i wylądować na dachu, z którym wiąże się tyle wspomnień.
     Podchodzę do balustrady i wpatruję przed siebie. Widzę uczniów grających w siatkówkę, pierwszaków zajmujących ławki w parku i grających w kartę seniorów. Błądzę wzrokiem po okolicy, serce podchodzi mi do gardła, kiedy na dziedzińcu dostrzegam Ruiza w towarzystwie Misjonarza, a głos bruneta dociera na dach.
     –  Na pewno jej nie widziałeś? –  pyta rozgorączkowany.
     – Na pewno. Stary, co jest?
     –  Kochaliśmy się. Ostatniej nocy. Od tamtej pory mnie unika.
     –  Może pomyślała, że cię zawiodła?
     Dlaczego wydaje mi się, że brunet właśnie delikatnie się zarumienił? Czyżby wzrok płatał mi figle z tej wysokości?
     –  Chyba żartujesz. Cholera, Deien. To był najlepszy seks w moim życiu.
     Dlaczego trudno jest mi uwierzyć w to, co słyszę? Dlaczego uważam, że słowa, które docierają do mnie na dach, są zniekształcane przez wiatr? Albo to ja słyszę to, co chcę słyszeć  nie potrafię uwierzyć, że go zadowoliłam.
     Z nerwów zaczyna mnie boleć brzuch, Ruiz i Deien nadal rozmawiają na dziedzińcu, Misjonarz podchodzi do całej sytuacji dość sceptycznie.
     – Ale niekoniecznie dla niej. Pomyślałeś o tym? Byłeś delikatny?
     – Zarzucasz mi, że mógłbym ją skrzywdzić? Kocham ją jak nikogo, nie darowałbym sobie, gdyby coś jej się stało z mojego powodu.
     Czuję coraz większy napór łez na powieki. Szlag, nie mogę tu płakać z takiego powodu! Nie jestem dzieckiem! A mimo to daję się wyrwać kilku kroplom wody na policzki.
      Niech to demony. Płyńcie sobie, szarańczo jedna.
     
– Gdzie jej szukałeś do tej pory?
     – Byłem w naszych pokojach, łazience, stołówce, zajrzałem do Janet i Cecelii, nawet wszedłem do biblioteki, gdzie przywitał mnie zbiorowy okrzyk kilkunastu pierwszorocznych. Boże, dlaczego to do mnie muszą się zawsze przyczepić takie małolaty?
     Dostrzegam uśmiech na twarzy Misjonarza.
     – Może kręci je to, że jesteś przystojny i od nich starszy? Może w twojej mrocznej aurze wyczuwają coś, co je ekscytuje?
     – Ty też jesteś od nich starszy – zauważa brunet.
     – Wspominałem też coś o przystojności, a obaj doskonale wiemy, że mnie się to słowo nie trzyma.
     Śmieją się, a ja mam ochotę ukryć twarz w dłoniach i zniknąć. Z mojej piersi wyrywa się początek szlochu.
     I wtedy Ruiz unosi głowę i patrzy w górę.
     Prosto na mnie.
     Przełykam ślinę, a wiatr rozwiewa na wszystkie strony moje niezwiązane białe włosy.
     –  Wiesz co? –  Po chwili milczenia i wpatrywania się we mnie Shota odzyskuje głos. – Chyba wiem, gdzie może być Amelien. Przypomniało mi się jedno takie nasze miejsce.
     Deien śmieje się nerwowo.
     – Mam nadzieję, że nie wyczynialiście w nim nic niestosownego.
     – Nie, nie wyczynialiśmy. Najlepsze działo się za zamkniętymi drzwiami. – Klepie Misjonarza po plecach. – Do zobaczenia później.
     –  Ta, na razie.
     Patrzę, jak Shota wbiega do budynku szkoły. Zastanawiam się, czy poza rozpostarciem skrzydeł i lotem przed siebie mam jeszcze inną opcję, by uciec przed swoim chłopakiem. Nie będę w stanie spojrzeć mu w twarz, za bardzo się wstydzę.
     – Tutaj jesteś.
     Pogrążona w myślach straciłam sekundy, by wymyślić plan ucieczki, to dlatego Ruiz mógł mnie tutaj dopaść. Powoli odwracam się w jego stronę, obserwuję, jak zbliża się do mnie, rozkładając ramiona na bok.
     – Dlaczego nie przyszłaś na salę? Dlaczego od rana jesteś taka cicha? Coś się stało? Chodzi o ostatnią noc?
     Grad pytań nie sprawi, że się otworzę.
     A może jednak?
     – Przepraszam – tylko to jedno słowo jest w stanie wyjść z moich ust.
     Chłopak przystaje przede mną zdezorientowany.
     – Niby za co?
     Nie potrafię trzymać w sobie sekretów, nie, jeśli przede mną stoi Ruiz, patrzy na mnie z miłością i samym spojrzeniem zapewnia, że przy nim jestem bezpieczna.
     – Że wczoraj nie krzyczałam. Nie spodziewałam się, że mogę szczytować bez wydawania dźwięku, jest mi głupio i...
     Nie dane mi jest dokończyć, moja wypowiedź zostaje przerwana przez pocałunek, którym obdarza mnie partner. Trzyma moją twarz w dłoniach i całuje tak, jak ostatniej nocy.
     – Ale z ciebie głuptas, Amelien. Co mnie obchodzi, że nie krzyczałaś? Nie to było dla mnie najważniejsze.
     – A co było?
     Opiera swoje czoło o moje, dostrzegam jego delikatny uśmiech.
     – To, byś przeżyła dokładnie to samo co ja. Byś czuła się jak w niebie.
     –  I czułam – wyznaję cicho prosto w jego usta. – Naprawdę czułam.
     – Cieszy mnie to.
     Całuje mnie ponownie, co odwzajemniam, prawie uwieszając się jego szyi. Śmieje się między kolejnymi pocałunkami, unosi mnie lekko i kręci mną. Wstyd przechodzi.
     – Obiecaj mi coś, skarbie – prosi, kiedy wracamy na swoje piętro i stajemy przed moimi drzwiami.
     – Tak?
     – Nie będziesz się martwić podobnymi bzdurami jak krzyk podczas orgazmu, bo mnie to nie obchodzi. Nie będziesz uciekać, kiedy znowu poczujesz się niepewnie.
     – Obiecuję.
     – I jeszcze jedno – dodaje, wsuwając pasmo białych włosów za moje ucho.
     – Słucham uważnie.
     – Pozwolisz mi powtórzyć ostatnią noc, która była najwspanialszą w moim życiu.
     Uśmiecham się lekko.
    –  O ile się postarasz.
    – Będę się starał ze wszystkich sił.
     – W takim razie obiecuję.
     Całujemy się przez kolejne minuty, zapominając zupełnie o planowanym treningu. Zapominamy o całym świecie, kiedy decydujemy się na obejrzenie filmu, z którego wczoraj zrezygnowaliśmy na rzecz innych rzeczy. Kolejne popołudnie i wieczór spędzamy razem; na dobrą sprawę nie chcę niczego więcej przez długi czas.
     Szkoda tylko, że w tym zapominaniu pozwalamy również uciec myśli, że gdzie na Ziemi czai się ojciec Ruiza. A nikt i nic nie może zagrozić nam w przyszłości tak jak on.
     A to nastąpi, kiedy niekoniecznie będziemy na to przygotowani.
     Nie szkodzi - razem damy sobie radę ze wszystkim.
 
_________________________________________
Podany cytat pada w dramie "The Heirs". 
Hope Land of Grafic